Reklama

Wspomnień czar, przyszłości czas

30/06/2011 21:52
Pierwszy wpis na blogu chciałbym zadedykować dwóm osobom. Tej od której moja przygoda z wędkarstwem się zaczęła i tej dzięki, której snuje kolejne plany wypadów nad wodę. Mowa oczywiście o moim dziadku i mojej lubej. Pewnie wielu z was uzna to za przynudzanie ale co tam mój blog więc mogę pisać na co mam ochotę :) A więc, dziadek był tym od którego to całe zamieszanie z wędkowaniem się zaczęło. To od niego niejednokrotnie mogłem się nasłuchać jakie to ryby kiedyś pływały w naszych wodach i jakie niejednokrotnie połapał pomimo sprzętu z prehistorii. Bambus hohoho kto posiadał wędkę z bambusa ten był gość, a żyłka taka że pranie na niej spokojnie się wieszało- mawiał -a elektroniczne sygnalizatory brań i echosondy to może tylko na filmach sf można było sobie pooglądać. O kłusolach co to widłami ryby wybierali jak tylko woda w rzekach opadała pozostawiając niewielkie dołki na łąkach też historii wiele słyszałem. I tu mała dygresja bo z tego właśnie co dziadek mój opowiadał to kłusoli jakoś dawniej również nie brakowało a ryby jakby więcej było. czyżby trwający latami proceder niejednokrotnie również przechodzący z pokolenia na pokolenie zaczął się odbijać coraz to większą czkawką? No cóż pewnie i również to ma wpływ na obecny stan ryb w naszych akwenach ale to już temat na inną opowieść. Wracając to głównego wątku niniejszej rozprawki, dziadek był i jest moją skarbnicą wiedzy wędkarskiej, którą cenie to sobie wielce. Pamiętam jak będąc jeszcze wzrostu dorodnego szczupaka czyli około metra, najpierw z wypiekami na buźce patrzyłem jak dziadek z ojcem szykowali sprzęt aby następnego ranka udać się na wyprawę a później przebierałem swymi małymi kończynami jak tylko zbliżała sie godzina powrotu aby móc zobaczyć ewentualną zdobycz ( co jak każdemu wędkarzowi wiadomo nie zawsze następowało ) ale przede wszystkim posłuchać jakiś opowieści z nad wody. Opowieści były jak się pewnie domyślacie przeróżne od tych typowo wędkarskich czyli jaka to wielka ryba się zerwała ( o dziwo zawsze im się zrywała wtedy gdy do domu żadna nie trafiała ) po powiedzmy bardziej obyczajowe jak to pewien pan przesadziwszy nieco z wodą ognistą zaczął się kąpać pomimo zaledwie 5 stopni powyżej zera. W końcu i ja doczekałem się swojej pierwszej wędki, była to plastikowa wędeczka, której to pierwotnym zastosowaniem było poławianie równie plastikowych rybek rozmieszczonych po dywanie. Do tej to wędeczki została dowiązana prawdziwa żyłka, prawdziwy spławik, ciężarki no i oczywiście haczyk tym samym stałem się najprawdziwszym wielce młodocianym "kłusolem". Wszystko to działo się jakieś 25 lat temu i z nie lada rozrzewnieniem mogę sobie to teraz powspominać. Później już jako członek uczestnik doczekałem się pod choinkę wędki, którą mógłbym nazwać krzyżówką spinninga z muchówką gdyż mocowanie kołowrotka było jak w muchówce a reszta przypominała dość toporny spinning, pierwszego mojego szczupaka złapałem zresztą właśnie na tę krzyżówkę i czerwonego robaka. Każdy następny "kij" lub żyłko skręcający przedmiot kupowałem za własne zgromadzone oszczędności bo na co jak na co ale na wędkarskie co nie co, jakiś grosik zawsze się znalazł. Akweny na jakich wówczas poławiałem niewiele różnią sie od tych z teraz czyli głównie wody okręgu piotrkowskiego i sieradzkiego. Swego czasu za sprawą rzecz jasna dziadka dość często odwiedzanym przez nas łowiskiem była rzeczka grabia w okolicach ldzania i baryczy. Są to tereny na których mój dziadek można by rzec stawiał swoje pierwsze wędkarskie kroki i wiele ciekawych przygód przeżył, stad też jego a później i mój sentyment do tej rzeczki. Przez pewien okres czasu w naszych wypadach nad grabie towarzyszył również mój już niestety św. pamięci wujo. Bardzo przyjemnie kojarzę tamten okres i tamte wypady. Ja miałem wówczas już około 20 lat a więc staż wędkarski już jakiś był a ulubioną metodą połowu spinning. Szykowaliśmy zatem z dziadkiem niezbędny majdan i fruuu, najpierw po wuja, później tankowanko na stacji i nad wodę. Z racji tego że już wówczas wujo nie mógł zbytnio chodzić, zwykle siadał na pierwszym wolnym dołku z żywcówką a my z dziadkiem spiningi w dłoń i do boju. Wielkich rybek nie poławialiśmy ale frajda nawet z 50 cm szczupłego była spora. Niestety od pewnego czasu zdrowie dziadkowi nie pozwala już na wyprawy wędkarskie co i u mnie spowodowało przerwę w zasiadkach z wędką. Traf jednak chciał, że spotkałem na swej drodze niewiastę, która pomimo iż sama nigdy wędki w ręku nie trzymała to miała ogromny wpływ na mój powrót do tego jakże przyjemnego hobby. I choć do tej pory moja druga połowa nie połknęła bakcyla na tyle aby poczuć adrenalinę przy holowaniu ryby to za to chętnie lubi porzucać spiningiem oczywiście z przynętą bez haka tak aby tylko przez przypadek czegoś nie zaciąć.
I teraz już nie potrzebuje budzika na ryby, bo to właśnie ma luba z reguły budzi się pierwsza, zrywając mnie okrzykami - wstawaj ryby czekają. Myślę, że wielu kolegów po kiju, muszących wymykać się z domu aby zaznać bytowania z naturą mogłoby mi pozazdrościć takiego towarzysza wypraw.
I tak też ciągnie się dalej moja przygoda z wędkarstwem i wierzę w to, że póki będę w stanie utrzymać "kija" w ręku tak długo będę odwiedzał różne wody w poszukiwaniu ciszy, spokoju i oczywiście ryby życia.

Z pozdrowieniami połamania kija
Patrykolo.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama