Czy macie czasem takie wrażenie: "że to jest ten dzień"? Nie mówię tu tylko o ilości i wielkości złowionych ryb. Tylko o satysfakcji, skuteczności, mówię o frajdzie i zadowoleniu jakie sprawia wypad z miasta nad wodę, mówię o dniu kiedy nic Ci się nie psuje, plecionka nie wcina się w hamulec, nie zahacza o krzaki, mówię o dniu kiedy nie wrzucasz ukochanego woblera na drzewo tylko dokładnie tak gdzie zaoczkował jaź bądź inny cel wyprawy…chyba wiecie co mam na myśli...Takie wrażenie miałem w niedzielę 1.VIII, oczywiście jako rasowy pesymista podchodziłem do takich przeczuć nastawiony jak „pies do jeża”, mimo wszystko coś w głębi duszy mówiło mi, że wrócę z tarczą.
Ostatnie wyniki i wahania pogody co prawda nie nastrajały optymistycznie, pomimo tego zdecydowaliśmy się z moim sąsiadem-bratem- kompanem wypraw wędkarskich na kolejny rajd wzdłuż brzegów pięknej, malowniczej rzeki Mazowsza. Po wcześniejszych doświadczeniach z Bzurą, Wkrą, Pilicą i Jeziorką przyszedł czas na inną bajkową rzeką naszego województwa. Zaufane osoby odwiedziły miejsce naszego lądowania we wtorek, nastroje były niezłe, dotarły do Nas informacje o sporych ilościach okoni, niekoniecznie „palczaków”, trafiały się pojedyncze jazie, wzdręgi i niewymiarowe szczupaki, oraz oczywiście przebiegłe klenie.
Tych ostatnich jest w tej pięknej rzece chyba najwięcej, ale są „arcy” płochliwe i żeby złowić choćby dwudziestaka trzeba się nieźle postarać. Jak się zapewne domyślacie po tytule i zdjęciach to właśnie klenie były celem naszej wypraw, trzeba oczywiście przyznać, że brodząc w takich rzeczkach cieszy każda, nawet najmniejsza rybka. Dokładnie tak było, kiedy wyjeżdżały z wody kolejne okonie, uśmiechy nie znikały, wciąż jednak czekaliśmy na upragnionego klenia, tym bardziej że widać je było jak w akwarium gdy odprowadzały nasze woblery. Samo odprowadzanie nie było jeszcze najgorsze, do końca trzymało nas w napięciu i skupieniu….gorzej było gdy nasze woblery było po prostu olewane, bądź przerażały nasze potencjalne zdobycze. W wodzie były chyba wszystkie wobki z naszych magicznych pudełek, zarówno zwykłe „sklepówy” jak i „hand made-y” wymęczone w dziwnych okolicznościach bądź wygrane po ciężkich licytacjach na aukcjach internetowych.
W wodze lądowały hornety, sendale, alaski, sieki, gębale, lipiniaki, woblery Stiepanowa, żuki Darka Mleczki, woblery Widła, woblery Pawła Grzecznika, eRki, dunajeckie, ze Zgorzelca, bonito, pietrusy i wiele innych których nazw po prostu nie znam. Oczywiście nie zapomnieliśmy o małych obrotówkach i twisterach, ale te przynosiły „tylko” kolejne okonie, a nie upragnione klenie. Pomimo użycia tak pokaźnego arsenału przynęt, udało nam się skusić tylko 6 kleni, przy czym największy mógł ocierać się o wymiar. Wielkością ryb nie byliśmy do końca usatysfakcjonowani, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że niektórym pomimo najszerszych chęci nie jest dane złowić nawet krótkiego klenia ze względu na brak odpowiednich łowisk w okolicy. Na zachętę do ciągłego łowienia i skupienia brały nam okonie, w łowieniu, których ciągle się prześcigaliśmy. „13, 14, 15…..ja ma już 17….” ciągle brakowało jednak przysłowiowej kropki nad „I”…w końcu doszliśmy do ładnej prostki ze zwalonymi drzewami, kompan trafił ładnego grubego jazia trzydziestaka na swojego niezawodnego woblera „PM”…
Nasz marsz w dół rzeki a zarazem cała wyprawa zmierzała ku końcowi, także obaj myśleliśmy że będzie to ryba wyjazdu. Zaszło słońce powoli robiło się ciemniej, do swojej agrafki przypiąłem swojego szczęśliwego, najmniejszego tonącego horneta „dace”. Nie był to co prawda „dace” w starej szacie graficznej już teraz uznawany za kolekcjonerskiego, lecz jego nowszy brat, trochę inaczej pomalowany, ale jak się okazało równie skuteczny. W jednym z ostatnich rzutów, trafił on pod przeciwległy brzeg i tam zainteresował mojego największego w życiu klenia. Walkę z 38 cm kleniem przy użyciu plecionki 0,06, wędki team dragon 2-10 ze szczytówką przerobioną na bardziej czułą, uważam za fantastyczne przeżycie.
Na szczęście ryba wypięła się dopiero w muchowym podbieraczku, który wziąłem ze sobą na taką wyprawę pierwszy raz (przeczucie o którym pisałem na początku?). Ryba po kilku fotkach wróciła do rzeki, oczywiście jak wszystkie inne złowione tego dnia. Było ich w sumie 60. Jakubson: 24 okonie, 3 klenie, 2 szczupaki, 1 jaź Marcinson: 21 okoni, 5 szczupaków, 4 klenie
Komentarze