Hmmm... moja nocna przygoda... Bylo kilka ciekawych, opisze jedną z nich która wedle mnie była najlepsza... Lipcowy piątek w pracy, upal niemiłosierny, wentylatory nie pomagają ale przesiedzieć swoje trzeba. Jako że zajęcia nie było szukałem na youtube.pl filmików wędkarskich, i trafiłem na jeden ciekawy, gdzieś za granicą jakiś wędkarz ciągnął wielkiego suma. Nie wiele myśląc stwierdziłem- nie ma bata, jadę na nockę. Przyjechałem do domu, obiadek i chwile później złowieszcze spojrzenie żony... po którym padło słowo: "Znowu"??? Na krótkie pytanie krótka odpowiedź... "Tak, znowu" :) Nakopałem rosówek ( mam gdzie - wioskowe życie ), kupiłem wątróbkę, oczywiście zanęta, pszeniczka, białe robaczki też się znalazły, w końcu nie tylko sumy są w wodzie.. Ok 17 wyjazd z domu, pól godziny później bylem na miejscu. ( Rzeka Warta ) Lekki wiaterek, i ogólnie strasznie duszno. Rozłożyłem sprzęcik, pozbierałem drewienka na ognisko i oczekuje na potwora... :) Drobnica zaczęła skubać, krąpiki, ploteczki i nawet mały leszczyk się trafił... Ok 22 zaczepi się sumik ok 60cm, ( na wątrobę )nawet nieźle walczył, ale okazałem się lepszy :P Mimo mojej wygranej wrócił do wody... Czekam dalej... Wiaterek się zerwał, chmurska naszły... myślę sobie - ale będzie lipa. Ok 3godz. A tu nagle... Branie na feedera... tym razem na rosówki... Zacinam. Coś jest ( daleko w prądzie ) Ciemno, latarka nie sięga aż tak daleko. Holuje... Myślę sobie. To nie sum, za lekko idzie.. A tu nagle na drugą wędkę branie... ( Na wątrobę ) Żylaka z kołowrotka ucieka i to szybko, w ręce inna wędka i hol... Ryba daleko od brzegu. Co tu robić teraz... Nagle bez zastanowienia... ( w końcu po suma tu przyjechałem ) Rzuciłem federka w krzaki i do drugiej wędki. Zacinam... Jest.. Coś dużego... Dalej odchodzi, plecionki ubywa... Nagle stanęło... Patrze na drugą wędkę czy czasami mi wciąga jej do wody... jednak leży w krzakach więc ok. Próbuję ciągnąc ( podejrzewałem że to sum ), coś powoli się rusza ale takim tempem to do zimy będę tą rybę wyciągał. Nagle znowu odjazd. Odpływa a ja nie mogę nic zrobić, poszedł chyba z prądem i to jeszcze poprzez wystającą główkę. Nie bylem w stanie go zatrzymać mimo że miałem dobry sprzęcik, na główkę też nie moglem pobiec bo byla przed nią zatoczka porośnięta krzakami i drzewami, wiec co mi pozostało, próbowałem to monstrum zatrzymać i się zerwał. Załamany wyćiągam papierosa i odpalam... Przypomniała mi się druga wędka. Powoli skręcam, zaczynam czuć że żyłka się powoli naciąga, tak się naciągnęła. taaa... naciągnęła się aż za bardzo... ZACZEP. ( i po kolejnej rybie ). Cale szczęście że chmury przeszły bokiem. Do świtu kilka brań ale już nic konkretnego się nie przytrafiło.
Nad ranem najlepszy numer odwaliłem, śmieję się z tego do dziś. ( chociaż wtedy do śmiechu mi nie było ) Wędkowałem na federki, nie wyspany, zmęczony, ( wiecie jak to jest ) Wyciągnięciem jednego położyłem na podpórce i zabrałem się do założenia przynęty. Nagle widzę branie i od razu zacinam, szkoda tylko że to byla wędka której haczyk trzymałem w lewej ręce. ( zaciąłem prawą ) Wbil mi się chyba do kości, - wyjąć sam go nie moglem. Po tym od razu się zwinąłem do domu, po drodze ( wiem że nie można kierująć ) telefon do kuzynki (jest po szkole medycznej ) która wyjęła mi haczyk- nie wiem jak ważne że już go nie mam w palcu.
Zdjęć nie mam bo sobie sam ich nie robię, ( jak co niektórzy np: na naszej klasie ) Na pewno jak bym tego suma wyjął to by były. ( poza tym jestem teraz w pracy ) Podsumowanie wyjazdu. Ryba życia i mala szkoda w postaci haczyka w palcu. POZDRAWIAM
Komentarze