Tytuł sugeruje ciąg dalszy mojego pierwszego wpisu: Wyprawa na sandacze Minęło kilkanaście dni i powtórzyła się sytuacja opisana w w/w artykule. Kompanem na łodzi był tym razem kolega Andrzej, który zasugerował początek trasy poszukiwania sandaczy. Obłowiliśmy kilka miejscówek, przy sporadycznych kontaktach - puknięciach sandaczy i jednym szczupaczku 54 cm. który odzyskał wolność. Wczorajsze popołudnie spędziłem na łodzi z Grzegorzem i odkryłem nową (dla mnie) miejscówkę. Echosonda pokazała ciekawe dno i po kilku kółkach zdecydowałem się położyć kotwicę na głębokiej 6 metrów wodzie przy wyjściu na 4,2 metra. mieliśmy kilka ryb na haku w tym Grześ jedną miarową 60 cm. Ponieważ nie było specjalnego zainteresowania naszymi gumkami i kogutami, postanowiłem sprawdzić tą miejscówkę w godzinach rannych. I to był dobry pomysł. Przy pierwszym rzucie Andrzej ma potężne kopnięcie i po krótkim holu - luz. Wyjął tylko pokiereszowaną główkę a hak pewnie pękł. Ja wykonałem rzut i odwróciłem się do kolegi aby zobaczyć ten ewenement, a tu szarpnięcie, że ledwo wędzisko utrzymałem. W takich nietypowych okolicznościach wyjąłem sandacza 63 cm. Następny rzut - Andrzej jeszcze nie zdążył zmienić główki - i mam drugiego miarowego 53 cm. Po kilkunastu minutach łowię sandacza 57 cm a Andrzej spina przy samej łodzi miarówkę. Po godzinie robimy przerywnik, aby sprawdzić czy na innych miejscówkach coś się dzieje, lecz po ok. godzinie wracamy bez kontaktu. Przy drugim najeździe mam jeszcze jednego miarowego 53 cm i tego przeznaczam na kolację - bardzo głęboko łyknął kopyto. Mamy także kilka niemiarowych i kilka kontaktów bez efektów - cały czas coś się dzieje. Takie to niespodzianki niesie wędkarstwo. Jaszcze nie tak dawno chciałem się wziąć za zbieranie znaczków, a tu na przestrzeni kilkunastu dni takie emocje. A na weekend przyjedzie Adam @ag1, oj wtedy się będzie działo !( albo i nie, bo pogoda ma się zmienić)
Komentarze