Od jakiegoś czasu odliczaliśmy dni do zaplanowanego wyjazdu na brzany, wszystko wybrane i zaplanowane, sprzęt, miejsce, przynęty... Jeszcze wczoraj ostatnie konsultacje telefoniczne i ostateczne ustalenie. Wyjeżdzamy o 5 rano nad Gwdę, krótka prawie nie przespana nocka i .... ulewa od rana! Cał misterny plan runął, niesamowity żal do matki natury i biegające po głowie myśli, jechac czy nie. W końcu jedziemy: Ja, Marcin i Marek. Po drodze jeszcze szybka kawka na Orlenie i o 6 rano jestesmy nad rzeczką, a tam ...jeszcze większy desz, ściana wody. Ustalamy jednak, że ze względu na panujące warunki łowimy około godzinki i spotykamy się wszyscy w ciepluktim suchutkim aucie, wymieniamy poglady, suszymy i znów do boju. Rozchodzimy sie, każdy w swoją stronę, ja idę w górę rzeki, Marcin z Markiem w dół. Na twarzach ( zwłaszcza na mojej ) panowało totalne zniechęcenie, wszystko mokre, woda przybrała około 50 cm w krótkim okresie, w pewnym momencie zaczynam żałować, że nie zostałem w domu, ale coż stało się, zaciskam zęby i skradam się do pierwszej miejścówki. Pierwszy rzut i wielkie łups!!! Niestety to nie branie, to ja leżący na plecach w namokniętej glinie! Dobrze, że nikt nie słyszał tego co padło z moich ust, ale irytacja osiągnęła już maksa. Naszczeście dalej było już tylko lepiej... Podnoszę się, myję ( ! ), doprowadzam do stanu używalności zakładam małą obrotówkę mepsika 1 i już w drugim rzucie na napływ powalonego drzewa łapię klenika 31 cm, żaden okaz, ale momentalnie sprawił, że zapomniałem o wszystkich dzisiejszych niepowodzeniach, szybkie foto, telefon pochwalny do chłopaków i rybka do wody ;) już nie przeszkadza mi deszcz, juz nie istotne, że po twarzy, ramionach, plecach i tam trochę niżej cieknie mi woda, poprostu ryby biorą!!! Po kilkunastu następnych rzutach i kilkuset metrach rzeki spinam jeszcze niewielkiego klenika zrywam mepsika i ląduję w samochodzie z resztą komapnów, wszyscy przemoczeni do suchej nitki wymieniamy poglądy: Ja - kleń 31 cm, Marcin okoń - 20 cm, Marek bez rybki.
Odsłona druga: 2 godziny później 2 km dalej.
Postanowiliśmy przejechac kawałek dalej osuszając się troszkę po drodze, niestety pada jeszcze mocniej więc siedzimy i czekamy, i czekamy i czekamy i tak do godziny 10 tej, w tym momencie już nie wytrzymuję ubieram sie i wychodzę łowić. Widok pięknie meandrującej Gwdy jest fascynujący. Siadam na wysokiej skarpie nad głębokim dołkiem, zakładam głęboko schodzącego wobka i zaczynam polowanie na brzanę. Po kilku rzutach łowię okonia 20 cm, potem doławiam następnego i następnego i następnego, w między czasie telefon od Marcina, informuje o kleniu 30 cm i o tym, że nareszcie się wypogadza ( sam jakoś tego nie zauważyłem w ferworze walki ). Przechodzę kilkaset metrów i trafiam na 2 ostre i obiecujące zakręty. Po kilku rzutach woblerem, czuję krótkie przytrzymanie, przycinam i na brzegu ląduje ledwo wymiarowy szczupaczek, mały ale cieszy, oczywiście fotka i do wody. Klika chwil później bliźniacze branie i na wędce melduje się 40 cm pięknie wybarwiony górski kleń. Swietnie to już 6 rybka dzisiaj ale gdzie są brzany? Odpowiedź przyszła ( tak mi się wydaje ) kilkanaście minut później, na napływie na zalane drzewo w silnym nurcie mam mocne przytrzymanie, zacinam, hamulec gra piękną melodię ( tak jakby deszczowa piosenkę ) ale ryba nie daje się oderwać od dna, przewiozła mnie kawałek i najzwyczajniej w świecie się wypina! Jednak jestem przekonany, że to brzana, piekna, waleczna brzana. Co ciekawe pocieszony kontaktem z tą rybą ( chociaz powinno być odwrotnie ) siadam na brzegu i odpoczywam, obserwuję wodę i obdzwaniam chłopaków, u nich tez nie najgorzej, każdy zaliczył jakiś kontakt z rybką, postanawiamy jednak zakończyć wędkowanie na dzisiaj. Dzień mimo, że zaczął się fatalnie zaliczamy do udanych, Gwda znowu obdarzyła nas rybami, mam nadzieję, że następnym razem będzie podobnie. Brzany niestety nie dopisały, ale coż...mimo tego jestem bardzo pozytywnie zaskoczony ta piękną rzeczką, wijdowiskowo wijąca się pomiędz polami i lasami. Dziś mogę już stwierdzić z calą pewnością, zachorowałem na małe i średnie rzeki, z jednej strony są takie kameralne a może nawet zapomniane, z drugiej strony obecność ludzi zdradzają śmieci, niestety w zdecydowanej części sa to pozostałości po wędkarzach, straszne ale prawdziwe. Proszę niektórych o zastanowienie, pudełko po robakach czy paczka po zanęcie nie zajmują dużo miejśca w plecaku podczas powrotu do domu, a ich brak nad wodą to komfort dla nas wszytkich.
pozdrawiam
niestety nie mogę załączyć zdjęć z wyprawy, gdyż aparat nie przetrwał już tak koncertowo próby wody, ale dołaczam namiary na łowisko dla wtajemniczonych w odszukiwaniu z GPS ;) N 53,098621 E 16,753031
Komentarze