Reklama

Z pamiętnika karpiarza

05/07/2010 20:24
".... środkiem kanału przepływał piękny karp, wielkim tułowiem przecinając tafle spokojnej - prawie stojącej wody. Była godzina 5.00 rano, a temperatura powietrza, już była na prawde wysoka..."
Ale zacznijmy od początku. Więc zaczęło sie taaak... Zmęczony wyprawami brzegiem ulubionej rzeki za pstrągiem, machaniem gumami za okoniem, jak i jerkowaniem za szczupakiem - postanowilem pojechać nad wodę posiedzieć i zapolować na grubą rybę - karpia. Jako że wędki karpiowe spokojnie spoczywają w mym obszernym pokrowcu, o sprzęt nie musiałem sie zbytnio troszczyć.

Gorzej bylo z wytypowaniem łowiska... Każda woda w okolicy ma swój urok. Każda też dała mi wspaniałe ryby. Jednak aby je skutecznie łowić trzeba nieco pomyśleć...
Zaczęło sie od wywiadu środowiskowego - telefon w dłoń i do dziela. Okazuje sie jednak, że karp w żadnym ze znanych dotąd łowisk nie ma apetytu, a tym bardziej chęci do współpracy z wędkarzami... I co tu robić. Temperatura w dzień siega 35 stopni, woda pewnie jak zupa...hmmm. W tem oświecenie - albo szukać ich głębiej, albo w wodzie bieżącej. Jako że nie mialem okazji lowić jeszcze na rzece bądz kanale gruntówką - wybór padł na pobliski kanał. Słuchy chodziły iz plywają w nim piękne karpie, leszcze oraz karasie. Wieczorem pogoda zapowiadała sie obiecująco, na niebie żadnej chmurki a cieplutki, delikatne wietrzyk rozpalał wędkarską wyobraźnie niczym zapałka pochodnie. Wszystko przygotowane - konopie ugotowane, kukurydza również, a do tego drobniutki owocowy pellet - aby sie szybko rozpuszczał tworząc ścierzkę zanętową do "konkretów". Noc uplywa na spoglądanie w niebo z nadzieją zobaczenia spadającej gwiazdki.

W końcu zasypiam. Nagle budzik! przecież ja dopiero zasnołem, jest godzina 4.00. O tej porze wstają tylko koguty i my - wędkarze:) Poranny proces szwędania po domu na paluszkach już kiedyś opisywałem - więc go pominę i już migiem jestem w samochodzie. Moja ibiza załadowana tak, ze światła świeciły po koronach drzew:D:D:D oczywiście nieco przesadzam lecz ilość karpiowego sprzętu - gdy chce sie wygodnie posiedzieć - potrafi zaskoczyć. W połowie drogi - cholercia aparat!!! I spowrotem 14km... statyw oraz aparat w samochodzie więc można kierować sie w stronę łowiska. Pokonanie nierównej drogi po polach moim dosyć niiiskim samochodem graniczylo z cudem - ale udalo sie. Nic nie urwałem:) Jednak po przyjeździe na miejsce, dokladnie na parking... PUSTO!!! co jest, prawie piąta, weekend a tutaj nikogo??? Ale sie władowałem... pewnie nic nie bierze - pomyślalem. Ale Skoro tutaj dojechalem to połowie:)

Wytypowalem sobie miejsce które wydawało mi sie najbardziej trafnym. Do kanalu wchodziła malutka rzeczka, a na łączeniu - jak sie później okazalo byla płytka łacha z piasku... Po cichutku rozstawiam klamoty, patrze, a środkiem kanału przepływa piękny karp, wielkim tułowiem przecinając tafle spokojnej - prawie stojącej wody. Była godzina 5.00 rano, a temperatura powietrza, już była naprawde wysoka... a może tylko mi sie tak wydawalo... Jako że wliczalem możliwość zlowienia leszcza - zrezygnowalem z włosa, i postanowilem łowić na jedno zirano kukurydzy... haki nr 6 tandema nadawaly sie do takiego lowienia idealnie. Ciche podanie zanęty procą w wytypowane miejsce i zaczynam lowić. Oczywiście na sztywno - gdyż prąd wody może z żylki zrobić łuk, a wtedy nawet nie zaobserwujemy brania. Mija 5 min. nagle coś klei swinger do kija - zacięcie i jest! Pierwsza ryba zasiadki dzielnie miota sie na końcu zestawu.

Okazal sie nią być piękny 40 cm leszczyk. Podczas odpinania go słyszę pisk sygnalizatora - Znowusz ryba siedzi na haku! coś niesamowitego. Bliźniaczy leszcz ląduje bezpiecznie na brzegu. Chwila odetchnięcia, myślę sobie czy robić teraz zdjęcia czy rybki wpuścić do siatki. Decyzja jest jedna - przecież biorą więc trzeba łowić. Mijają kolejne minuty i kolejne piękne leszcze ląduja w mojej siatce. Sa i 40 , 45, sa też i 3 lechole powyżej 50cm... niemam nawet momentu aby zjeść śniadanie. Nagle brania ucichły... Postanawiam donęcić niewielką ilościa mieszanki. Po paru minutach wędka zaczyna dosłownie skakać na podpórkach! Zaciecie i jest! Już wiem ze to tym razem nie jest leszcz. Po paru minutach zaciętego holu moim oczom ukazuje sie przepiękny pełnoluski karp. Mej radości niema końca. ma okolo 3,5, 4.0 kg., i wraca po zdjęciu zaraz do wody. Po krutkiej chwili drugi siada na wędce obok. Ten jest troszkę mniejszy. Około 2.5 – 3 kg.

Po prostu euforia. Kolejne branie, zacięcie i zaczynam hol. Myśle sobie - na karpia za slaby na leszcza za mocny... i co sie okazało. Piękny karaś srebrzysty, tak zwany japoniec około 40cm pokazuje swe ubarwienie w pełnej swej krasie. Po nim siadają następne. Zbliża sie godzina 12.00 Trzeba sie zbierać do pracy na 2 zmiane. Ale jak! Przecież tutaj ryba poprostu szaleje! No i Jak się pewnie domyślacie jeden z dni pdt. "urlop na żądanie" mam już wykorzystany... Ale było warto. Do godziny piątej po poludniu, mialem niezliczoną ilość brań, wiele ryb sie spieło (w tym jak myśle mój rekord karpiowy), mniejsze od razu odzyskiwały wolność, a większe oczekiwaly na sesję oraz warzenie. Okazało sie że bylo ich aż 18 sztuk... troszkę mi glupio ze przetrzymywalem aż tyle ryb w jednej siatce ale i tak tylko z calej szajki zabralem ze sobą na kolacje tylko 3 największe leszcze, aby spróbować jak smakuje "duży leszcz". I wiecie co wam powiem... bleeee - do tej pory żałuje ze ich nie wypuścilem. Tylko jeden leszczyk padnoł w siatce. Reszta ryb w dobrej kondycji wróciła do domu. Sesja foto ze statywem i lustrem na nim przebiegala troszkę chaotycznie, ale dałem rade. Aparat tylko troszkę zaklejony śluzem - ale to sie wyczyyyści;)
I tak sie skończyło moje wędkarskie eldorado, o którym nikt z miejscowych poławiaczy mięsa nie wie - i na całe sczęście.

Życzę zatem I Wam moi drodzy takich przeżyć, takich dni oraz chwil spędzonych nad wodą – jakich ja mogłem doznać owego dnia. POŁAMANIA!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama