Reklama

Zachlastana fifura, czyli o klepaniu kobry po łbie

20/05/2013 14:21
- Nie powiem, bo musiałbym cię potem zabić! – bardzo szczerze odpowiedziałem Jurkowi na pytanie o skład czarodziejskiej maści, którą posmarowałem gumę.
- Mogę tylko zdradzić, że jest to ulepszona wersja smarowidła, jakim „namaszcza” swoje przynęty Ronald McDonald przed posłaniem ich w paszczę i … na pastwę smoka. Skuszonego takim wynalazkiem okazowego paszczura umieścił nawet w galerii wedkuje.pl, żeby podnosić ciśnienie takim zdesperowanym i niespełnionym, jak ja, łosiom.
Wiele lat ćwiczeń z wiślanymi sandaczami, kilogramy urwanych przynęt, wypracowane własne modyfikacje, „prześwietlone” setkami, a może i tysiącami rzutów dostępne mi miejscówki i zdobyta ciężką pracą skuteczność w ich łowieniu sprawiła, że zapragnąłem zapolować na okaz życiowy tej cwanej ryby. Pomyślałem, że skoro posiadłem już umiejętność odnajdowania i prowokowania do brań, rzecznego sandała w lecie (nawet w samo południe! ), to odnalezienie go na zbiorniku zaporowym i przy użyciu echosondy oraz łódki będzie tylko kwestią czasu i mojej baaardzo wyćwiczonej cierpliwości…
Zmianowy charakter mojej pracy daje mi wielką przewagę nad innymi zapaleńcami, bo nie muszę wbijać się na weekendowe spędy, tudzież kląć na motorowodniaków i mogę spokojnie, nie nerwowo oddawać się swojej największej pasji. Przeważnie jeżdżę nad Zalew sam, bo ciężko w tygodniu o partnera. Nie żałuję tego zbytnio i czuję się w tej swojej samotności coraz lepiej. Wielogodzinne bycie sam na sam ze sobą daje mi wielkie odprężenie, resetuje umysł i ładuje przysłowiowe akumulatory na kolejne etapy niełatwego życia. Jedynym moim zmartwieniem jest brak pomocnika do wyjęcia kotwicy, na wypadek, kiedy trafi się coś w podobie bestii, bohatera relacji „Mój, ale nie mój”. Na to też się przygotowałem i kładę na dziobie otwarty już kozik. Najwyżej, zapłacę panu stanicowemu za linę z kotwicą…
Kiedy zjeżdżam z wiaduktu na Marsa, to zostawiam za sobą już wszystkie cywilizacyjne toksyny:
i dumnego z pupila dziada, miłośnika ewangelickich kanałów, którego York wygięty w pałąk i z wytrzeszczonymi z orbit gałami tretuje perfumą bezpośrednio na chodnik, a zagadnięty o przesunięcie towaru chociażby na trawnik zjebał mnie i odszedł.
i rozkraczonego, jak krowa do dojenia dresiarza z metra, który mową ciała: rozdziawioną japą i wielkimi cojones wabi panienki.
i rozwydrzonego, napitego małolata, przybyłego po nauki do SGGW, który szarpie znaki drogowe i rozbija butelki o glebę.
i sadzącego się, jak kartofel na miedzy yuppies’a spod Siedlec, Kielc, czy Radomia, który „zapomniał” przerejestrować samochód do warszawskiej strefy.
i jego bezczelnego kolegę, któremu nagle(!) kończy się pas zjazdowo-rozbiegowy.
i cały ten wielkomiejski chaos, który wpędza nas w zatracenie !
Wjeżdżając w Żołnierską jestem już pozytywnie „najeżony” i ani korki przed kolejnymi rondami, ani spowalniacze w postaci buraków-jebaków dobijających targów ze ssakami leśnymi bezpośrednio przy drodze nie są mnie w stanie wyprowadzić z nastroju podniecenia, który powoli ogarnia moje całe ciało. Patrzę sobie wtedy w prawo i obserwuję las (prawie, namorzynowy). Wyglądam krokodyli, które pojawią się tu z pewnością już niedługo. Jedna, dwie lekkie zimy i zasiedlą te bagna. To tylko kwestia czasu. Łosie przecież już są...
W stanicy parkuję pod orzechem, idę po wózek i ładuję klamoty. Ciężko mi jest pchać go pod górę, bo towaru mam, jak zwykle do bólu. Sprawdzona łódka nr 17, stojąca pośrodku stawki jest przeważnie wolna, więc traktuję ją jak swoją półwłasność. Poręczna knaga, odpowiednia do mojego uchwytu podtrzymującego sonar grubość burty, pewny pawęż oraz inne jej detale, pozorne błahostki, to dla mnie ważne i ułatwiające życie szczegóły. Miło mi jest, kiedy idę do hangaru po wiosła i kotwicę, a pan stanicowy podsuwa mi do podpisania wypełnioną już książkę. Grzecznościowe „dzień dobry” i wymiana uśmiechu wystarczają za gadkę, w typie – „…No, czuję, że dzisiaj wreszcie przywieziesz to zdjątko dobrze odkarmionego osobnika. Należy ci się. Za wytrwałość!”.
Czerwcowego szukałem w Wiśle. Mizeria panie, bez wymiaru! Postanowiłem więc, że na jesiennego zasadzę się właśnie na Zalewie. Z końcem września zacząłem metodyczną kampanię…
Pierwsze trzy wypady poświęciłem na rozpoznanie, tudzież wytypowanie własnych (!!!) miejscówek, bo …ja stale płynę pod prąd i nie rajcują mnie zgrupowania na tzw. bankówkach. Brnąc dalej w nonkonformistyczne, przekorne i dalece oryginalne rozwiązania, postanowiłem, że „nie wilk, ale myśliwy wybierze teren”. Spośród wielu, dobrze wg mnie rokujących miejsc, poświęciłem się dwóm: podwójny, stromy spad z 2,5 na 8 metrów z twardą półką pośrodku, tuż przy starym korycie rzeki i dalekie przedpole dużego, głębokiego „wądołka”.
Zajechałem pod dołek. Nie na pałę, czy jakąś tam indiańską mapę w typie: dwie suche brzozy po prawej, dziobem na tamę (i tak odwróci), na przecięciu linii kaczaków z muszlową zatoczką, ale prawilnie, po kozacku, na GPSa. Nareszcie! Po kilku latach lenistwa i niewiary we własny geniusz (?!) zacząłem wykorzystywać to urządzenie. Jestem z siebie bardzo dumny…
Z wyzwoloną duszą, niepospiesznie – termosik, kawka, skręcik, montowanie sprzętu, potęgowanie twórczego bałaganiku, bo wszystko musi być przecież „pod ręką” i pierwszy rzut. Najważniejszy! Kiedy zamykam kabłąk, to włoski na przedramieniach i gulka w gardle stają na swoim miejscu, bo zapis na sondzie ciekawy (jak zwykle) i wielce tajemniczy (jak zawsze).
Wokół przyrodnicza cisza – woda spokojna i podniecająca, a wokół ożywiające wyobraźnię spławy wszędobylskich leszczy. Ptaszyska, żaglówki, motorówki, i hałas z mostu, to elementy całości klimatu, które uzupełniają nabożeństwo. Dla mnie są tylko substytutem rzeczywistości. Nie zajmują moich myśli, bo spycham je do przedziału ślepoty pozauwagowej i tam ugniatam w śmietniku razem z innymi, i tymi bardziej przykrymi obrazami. Leżą tu, pod filtrem w mózgu obok zdjęcia Pana Ryśka – stanicowego z Serocka spoglądającego na mnie swoimi małymi, świdrującymi oczkami z nad cielska „mojego” okazu i jemu podobnych penetratorów, czy innych onanistów, tudzież amatorów ewangelickich kanałów, prężących się z „moimi” smokami.
Kierowany własną logiką i doświadczeniem wiem, że po przełożeniu kabłąka nie ma już żartów.
Każdy pstryk, trykniecie, przytrzymanie, przesunięcie musi być bezwzględnie potraktowane!
Kiler, (bo tylko takich używam) dotknął wody. Czemu nie zakładam nic innego? Przecież, gdybym używał chociaż, kilku wersji, to nie byłoby takim bezsensem zabieranie nad wodę tylu pudełek, z których nie korzystam. Dwa, trzy egzemplarze w kieszeni kamizelki i jedna torba by odeszła. Ale …, przecież tak powstaje legenda. Nie dać szansy innemu i masz tylko pewniaka.
Plecionka napięła się i zaczął się powolny opad. Lekki rozkrok, kolana ugięte, jak do golfa, czy innej ulicznej konfrontacji, poślad wyluzowany, oddech spokojny, wyrównany i pełna gotowość. Każde „podejrzane” zachowanie zestawu musi być przecież natychmiast potraktowane zacięciem. Nie ma tu miejsca na przetwarzanie danych: akcja, impuls do centrali i stamtąd polecenie na reakcję. Tu, panie trzeba zadziałać odruchem, i to nie warunkowym, czy bezwarunkowym! Łuk odruchowy po szlaku nerwowym i ciach.
Na pierwsze branie w ogóle nie zareagowałem i nie było ani spóźnionego zacięcia, ani jakiegokolwiek ruchu i zmiany w mojej zwartej pozycji wyjściowej. Pomyślałem sobie (bardzo błyskawicznie), że jedynym pozytywem tej sytuacji, był brak Gienka na łódce. On zawsze „kątem oka” obsługuje i moją wędkę. I obyło się bez uwag: - „…no, panie kolego, ale miałeś przecież branie” i spojrzeń, ni to litościwych, ni to oskarżających o brak atencji i psucie nabożeństwa.
Przewodnik stada poszedł się je.ać! W drugim rzucie zareagowałem prawidłowo i po krótkim, ale wielce emocjonującym holu (zacięcie z pierwszego opadu) zacisnąłem na pysku cwaniaka „szczypawki”, czytaj gripa. Zmierzyłem zdziwionego nygusa i … zabrakło pół centymetra.
I tak piękny wynik, bo tegoroczny „rekord z Wisły”, to 42 centymetry. Bez wiary w sukces złapałem jeszcze 6 sztuk, takich w okolicach zeszłorocznego wymiaru i odpuściłem.
Odpuściłem też sobie i okolice wielce obiecującej półki, bo widziałem kręcących się w okolicy „szpiegów”.
Porzuciłem miejscówkę, bo odebrałem sygnał ze styku sztucznej, wyćwiczonej osobowości i początku duszy, że …
Odkryłem coś, co wiedziałem ?! Przecież tu jest tak samo, jak na Wiśle – pierwsze rzuty dają przewodnika stada, znaczy ewentualnego basiora, samotnika. Tu, w Zalewie, jeżeli masz dobre brania od początku, pstryki i zacięte maluchy, to możesz się zawijać. To niemalże pewność, że nie trafisz dobrze odkarmionego osobnika.
Pojechałem na gienkową miejscówkę, czy jak kto woli bankówkę Kosy (bo wszystkie miejscówki są jego i w ogóle cały Zalew też).
Wielce zróżnicowane dno i … arcyciekawe zapisy i wręcz niewyobrażalne i (prze)tajemnicze zakamarki, i … topole po lewej.
I wachlarzykiem. Prowadzenie subtelne, wręcz wyrafinowane i czuję, że tańczę całym ciałem, aż łódka się rozkołysała, by po chwili ochłonąć i przejść na toporne, szarpane ruchy. Niby oglądam sobie niebo, ptaszki, samolocik, ale to szatański wybieg, bo jestem cały skupiony. Każdym członkiem oczekuję kontaktu (?!), a moja zachlastana fifura leży w dłoni swobodnie, niczym kobieca dłoń, bez uścisku. Walnął! Walnął twardo, aż poczułem w dolniku. Reakcja na impuls była szybsza od światła! Ponaddźwiękowa! I wreszcie go, gada poczułem. Przypulsował, by po chwili przymurować. Dał się pompować i wolno, ale skutecznie zmniejszałem dzielący nas dystans. W pewnym momencie poszedł w bok, co zrodziło pewne podejrzenia, co do gatunku?
Kiedy musiałem wsadzić wędę do wody, bo wlazł pod łódkę, to wątpliwości się wzmogły, czy to aby, na pewno ten, na którego polowałem.
Cętkowane ciało, kacza morda i wybałuszone ze zdziwienia gały podchodzącego do powierzchni okazałego rozbójnika wkurzyły mnie.
Przyłów. Jeb.ny przyłów. Gdybym to na ciebie kolego polował, to cieszyłbym się niezmiernie. Ale wybacz, nie o ciebie mi chodziło. Nie miałeś szczęścia. Zabrakło ci 1 cm (słownie: jednego centymetra) do górnego wymiaru ochronnego.
Czy są w Zalewie „mamuśki” z gatunku, który przez pół roku w sezonie zajmuje moje myśli ? Z pewnością tak! Pomijając tych, którzy nie nagłaśniają swoich sukcesów, są inni, tacy, jak ja. Co jakiś czas dochodzą mnie słuchy (z pewnych źródeł) o onanistach – zwyrodnialcach, którzy dopadają prawdziwe smoki. Mam nadzieję, że coś tam wypuszczają, abyśmy i my mieli jeszcze szansę …
Kiedyś pisałem, że przebieglaczka trzeba potraktować, jak rewolwerowca – przeciwnika. Teraz po kolejnych latach doświadczeń pójdę jeszcze dalej. Pokłuta, cwana bestia, to wzdęta kobra, którą trzeba błyskawicznie zdzielić po łbie i bezkarnie odskoczyć … znaczy przyjąć pozycję do walki, czytaj holu.
Co z tego, że teorię i odruchy wytrenowałem należycie, skoro po raz kolejny (tym razem zalewowe) sandacze pokazały mi środkowy palec.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama