Kończący się sezon połowowy pstrągów potokowych to dla większości z nas "pstrągarzy" swoisty finisz. Zrozumiałe, że kto tylko może wybiera się nad swoja ulubioną, zwykle tajemniczą wodę. Ja też, byłem 17-go i ponownie już na zdecydowane zakończenie wybrałem się w minioną środę tj. 28.08.2013r. Przez 5 godzin precyzyjnego obławiania wszelkich przegłębień nie dane mi było choćby tylko zobaczyć reprezentanta kropkowanych. Woda na dwa "naj" - czyli; najczystsza z dotychczasowych i najpłytsza...! Na pociechę i alibi, że byłem nad wodą a nie gdzie indziej/.../- wyłowiłem trzy OKONIE ponad 20-centymetrowe, w rzeczce od lat osobiście zarybianej pstrągami i darzącej nimi corocznie a tu - o k o n k i! No cóż i tak bywa. Nie to jest głównym powodem "meganerwacji", która zmusiła mnie do tego wpisu. A było tak . Na mojej rzeczułce jest taki kilkusetmetrowy odcinek, gdzie ona nagle staje się bardzo szeroka i bardzo płytka a z obu stron otacza ją lekko bagienny ols. Minionej zimy miejscowi drwale ścięli dwie nadrzeczne, potężne olchy, które jakby przegradzają rzekę, a jedna tworzy dobrą kładkę leżąc dość wysoko nad wodą. Zbliżając się do tej "kładki" zauważyłem dużą, brązową plamę przy brzegu...Poprzednio nic takiego tam nie było, więc zaciekawiony podchodzę i widzę padłego byka-jelenia, częściowo zagrzebanego w przybrzeżnym błocie...! Mimo smrodu padliny postanowiłem sprawdzić jakaż to mogła go spotkać tragedia i co zobaczyłem; na lewej, przedniej nodze, tuż przy tułowiu tkwiła pętla metalowej linki mocno wbita w mięśnie a na drugim jej końcu uwiązane było nieduże drzewko, chyba dąb o średnicy 12-13 centymatrów, wyrwany z korzeniami...To drzewko wlókł za sobą wszędzie, zapewne brodził w rzece-wodopoju aż do chwili, gdy drzewko zaklinowało się na poprzeczce z wysoko leżącej olchy. Chcąc się i z tego wyrwać zapadał się w miękkim dnie aż do utraty sił i tak skończył z głową wbitą w błoto. Brrrr... Po tym "znalezisku" przypomniałem sobie, że będąc poprzednio na tym odcinku słyszałem z lasu za rzeką serie ryków jelenia. Ryki te nie przypominały godowych, na rykowisku...Instynktownie czułem, że coś złego ryczącemu zwierzęciu musiało się stać. Miałem nawet zamiar przeprawić się na drugi brzeg, podejść bliżej, aby móc stwierdzić co się dzieje, ale po chwili ryki ustały i poszedłem dalej. Teraz jestem pewien, że pechowy jeleń wtedy jeszcze stał przy tym drzewku. Stał szarpiąc się i cierpiąc z pragnienia i głodu. Teren znał; woda w rzece blisko, wokół niekoszone łąki, tylko to niewielkie drzewko...Gdy ostatkiem sił wyrwał korzenie uwięzi musiał pójść do wody, pewnie nie chciał się od niej oddalać, brodził wlokąc to drzewko bo w korycie nie było przeszkód, aż trafił na tą ostatnią, która jego męki zakończyła... Co można powiedzieć o tym "człowieku", który tego wnyka tam ustawił... Jak nie pogardzać tzw. "tubylcami" - bo jest oczywiste, że wnykarzami są tylko miejscowi. Nikt tam z daleka nie przyjechał. Nikt lepiej niż miejscowi nie wie, czy i gdzie spotkać grubego zwierza. Pytań jest wiele i to ostatnie - jak zapobiec podobnym dramatom?!! Jacyż jesteśmy bezradni! I to jest najgorsze!!!
Komentarze