Zawsze marzyłem, żeby mieć możliwość łowienia w miejscu, gdzie można podejść do wody w dowolnym punkcie, a w wodzie zarzucić zestaw, gdzie tylko się ma ochotę. I wszystko to, żeby było jeszcze niedaleko domu.
Wszystkie te warunki spełnia w zasadzie Kanał Ulgi w Opolu. W zasadzie, ponieważ... Ostatnio głośniej było o nim, tym razem nie z powodu kolejnego zagrożenia powodziowego, które - przy znacznie podwyższonym stanie wody – skutecznie uniemożliwia przez co najmniej kilka tygodni jakiekolwiek wędkowanie, lecz – z powodów czysto wędkarskich: 17. Mistrzostw Europy w Wędkarstwie Spławikowym, a jeszcze głośniej z powodu mizernych wyników tych zawodów.
I to właśnie jest ten jeden element, który mi nie zawsze pasuje w tymże wymarzonym miejscu. No cóż, Kanał jest dosyć kapryśny i w ostatnich miesiącach (a nawet latach) nigdy nie był specjalnie dobrym miejscem na wędkowanie.
Osobiście chodzę tam tylko spiningować, a to ze względu na brak czasu. W końcu zawsze to łatwiej złapać kij i pudełko z wybranymi przynętami i wyskoczyć na godzinkę lub dwie nad wodę, niźli targać ze sobą cały majdan do połowów spławikowych lub na gruntówkę.
Ta sobota nie była inna. Miałem dwie, może trzy godziny czasu, więc nie czekałem długo, tym bardziej, że koniecznie chciałem wypróbować kupione niedawno woblerki na klenie autorstwa Andrzeja Lipińskiego. Na miejscu „chrabąszcze” rzeczywiście znakomicie zachowywały się w wodzie, ale jakoś ich tego dnia „nie czułem” - to nie były warunki dla nich. Zresztą kilkanaście rzutów bez jakichkolwiek efektów tylko potwierdziły moje przypuszczenia. Założyłem więc tonącego Horneta. Przynęta skądinąd znakomita, tego dnia też jakoś mi nie pasowała. To najwidoczniej nie był dobry dzień na woblery (a szkoda, bo lubię na nie łowić). Postanowiłem założyć twistera, jasny z ciemnym pasem. Już drugi rzut przyniósł ładnego okonia (ok. 30 cm). Niedługo drugiego i trzeciego.
Tego dnia wypróbowałem jeszcze kilka gum, które dały efekty w postaci kolejnych okoni, a gdy słońce schowało się już za drzewami, zmieniłem przynętę na obrotówkę i dosłownie przedostatni rzut przyniósł oczekiwany efekt – dorodnego klenia.
Znów potwierdziła się zasada, że cokolwiek nie wrzuci się do wody, to i tak złapie się to, co zawsze wędkarzowi wychodzi najlepiej. Dziś przyszedłem na klenia, ale stwierdziłem, że nie ma chyba warunków na tę rybę, dlatego zmieniłem przynętę, a i tak na koniec miałem klenia w ręku.
Następnym razem wybiorę się na szczupaka. Ciekawe, czy też złowię klenia?
Komentarze