Mietków, Turawa - oto renomowane łowiska sandaczowe, przez większość wędkarzy wymieniane jednym tchem. A czy ktoś pamięta jeszcze o Kozłowej Górze, z której pochodził sandaczowy rekord Polski w latach 1976 - 1980 (ryba o masie 11.42 kg)? Z analizy zgłoszeń medalowych ryb wynika, że łowisko to nadal warte jest wyprawy na sandacze. Leżący na północ od Piekar Śląskich zbiornik zaporowy Kozłowa Góra, zwany też jeziorem Świerklaniec lub Diobliną, powstał w 1938 r jako polska budowla strategiczna. Spiętrzając rzeczkę Brynicę stworzono przeszkodę wodną wkomponowaną w liczący 38 km system fortyfikacji. Przy okazji zalano las zwany przez miejscowych Diobliną. Na jego skraju stał na przełomie XVIII i XIX wieku młyn, którego właściciel - młynarz Praczka - podejrzewany był o konszachty z diabłem. Głównie chodziło o jego bogactwo i dość ponure usposobienie. Po latach okazało się, że sąsiedztwo granicy prusko - rosyjskiej pozwoliło młynarzowi na zajęcie się przemytem, który widać przed wiekami też dostarczał niezłych profitów.
Co kryje woda?
Nazwa Dioblina jednak pozostała, przetrwał też działania wojenne zalew Kozłowa Góra. Dziś liczy on ponad 580 ha, a ponieważ trudno go zaliczyć do młodzieniaszków, nie jest zbiornikiem głębokim: średnia głębokość wynosi około 2,5 m, maksymalna 4 m. Dno jest dość muliste, sporo na nim zatopionych pni drzew, tzw. karczy. Położona na północy cofka zalewu jest płytka i latem zarośnięta. Generalnie jednak roślin nie jest tu dużo, co można zawdzięczać amurom, którymi woda ta była kiedyś zarybiana. Kozłowa Góra jest zbiornikiem sandaczowo - leszczowym, ale lista tutejszych gatunków ryb jest znacznie dłuższa. Są niedobitki wspomnianych już amurów, które zdążyły dorosnąć do masy nawet 30 kg. Są duże karpie, a rekord zbiornika (32,7 kg) byłby rekordem Polski, gdyby został zgłoszony. Leszcze nie są może tak okazałe, jest ich za to sporo i standard stanowią ryby ważące około 1 kg. Wodę zamieszkują też liczne stada płoci i krasnopiór. Z grona drapieżników najmniej jest sumów i węgorzy, ale spośród tych pierwszych łowi się już sztuki o masie 25 kg, zaś węgorze trafiają się nawet o długości 1 m. Warto tu dodać, że obydwoma wymienionymi gatunkami zbiornik jest stale zarybiany, wędkarskie spotkania z nimi będą więc częstsze. Kozłowogórskie, wodne królestwo dzielą z sandaczami szczupaki. Jest ich tu dużo i pływają wśród nich okazy. Dość powiedzieć, że w 2003 r wędkarze złowili około 3,5 t szczupaków, a największe, o jakich słyszano, ważyły ponad 14 kg. Wybierzmy się jednak tropem sandaczy, choćby przez wzgląd na wspomniany na wstępie rekord Polski.
Magiczne 10 kg
Sandacze nie należą do łatwych zdobyczy, a tymczasem znający Kozłową Górę wędkarze radzą sobie z nimi nadspodziewanie dobrze. Dwa lata temu wyłowili 1,6 t tych ryb, a średnia masa pojedynczego egzemplarza wynosiła 2,19 kg. Oczywiście trafiały się wśród nich także "dwucyfrowce", ale niestety o niewiele przekraczające magiczne 10 kg. Spora presja wędkarska skutecznie obniża granicę wieku żyjących w zalewie ryb, najprawdopodobniej więc rekord Polski już tu nie padnie. Chociaż, kto wie? Żeby próbować trzeba znać wodę i skuteczne na nią metody. Na Kozłowej Górze króluje, rzecz jasna, sandaczowy spinning, którego znakiem herbowym jest tu śląski "kogut". Raczej jasny (bo woda mętna), kręcony na główkach 5 - 7 g (bo woda płytka) i prowadzony na śląski sposób: rzut, opad, obrót korbką kołowrotka, opad, obrót korbką, opad, itd. Bez podrywania szczytówki wędziska. Alternatywnymi przynętami są jasne rippery i srebrne błystki obrotowe. Spinninguje się przede wszystkim z łodzi, na głównym plosie zalewu, na lewo i prawo od stanicy wędkarskiej (są tam zatopione karcze), przy północno - wschodnim brzegu (łowisko Pancergraby). Najważniejsze, by znaleźć zatopiony pniak lub niewielki nawet fragment piaszczystego dna. Lokalizacja takiego miejsca zapowiada udane połowy. Są jednak dni, kiedy spinning staje się niemal kompletnie bezużyteczny. Wtedy nad wodę warto wybrać się z żywcem lub martwą rybką: płocią, krąpiem, jazgarzem albo okoniem. Na zachodnim brzegu można bez problemu urządzić sobie wygodne stanowisko wędkarskie do połowów gruntówką lub wędką ze spławikiem. Nie dajmy się tylko rozleniwić stacjonarnym metodom. Tu jeszcze pływają sandacze, które przekroczyły magiczne 10 kg!
Dariusz Zielonka (wędkarz z Piekar Śląskich, koło PZW "Relaks"):
Sandacze łowię na spinning, na "koguty" wiązane na lekkich główkach. Na kołowrotek nawijam plecionkę o przekroju 0,19 mm. Największego złowiłem w ubiegłym roku. Ważył 11 kg. Kozłowa Góra nie jest łatwa do spinningowania. Dno jest muliste, płaskie, w niektórych miejscach pełne zatopionych pni. Czasami, kiedy sandacze nie chcą atakować przynęty, trzeba ją podawać niemal pod ich pyski. Jeśli się wtedy uda znaleźć fragment dna, nawet o powierzchni 2x2 m, na którym jest pieniek lub dołek - brania zapewnione. Ale bywa też tak, że sandacze uganiają się za zdobyczą na wodzie o głębokości 0,5 m. Trzeba ich wtedy szukać pod brzegami, na płyciznach.
Bronisław Rzeźniczak (wędkarz z Piekar Śląskich, koło PZW "Relaks", rekordzista Polski w latach 1976 - 80):
Moją ulubioną przynętą spinningową na sandacze są srebrne błystki obrotowe Meppsa o numeracji od 0 do 3. Swojego rekordowego sandacza też złowiłem na Meppsa Long nr 3. Używam żyłki o średnicach 0,23 - 0,26 mm. Ponieważ znam różne zachowania tutejszych sandaczy początkowo przynętę prowadzę tuż nad dnem. Gdy nie ma brań podnoszę ją wyżej i prowadzę około 70 cm nad gruntem.
Eugeniusz Wrodarczyk (wędkarz z Piekar Śląskich, koło PZW "Relaks"):
Sandacze łowię na żywca lub martwą rybkę, na wędkę ze spławikiem o wyporności 5 - 8 g. Najlepszymi przynętami są, moim zdaniem, jazgarze i okonie. Jeden zestaw ustawiam na dnie, a przy drugim stale zmieniam grunt dochodząc nawet do 1 m pod powierzchnią wody. Sądzę, że najczęstszym błędem popełnianym przez wędkarzy na Kozłowej Górze, jest łowienie sandaczy wyłącznie nad dnem. Są dni, kiedy ich tam po prostu nie ma. Największy złowiony przeze mnie sandacz miał masę 11,2 kg.
Warto wiedzieć
Zbiornikiem Kozłowa Góra opiekuje się koło PZW "Relaks" z Piekar Śląskich. Nad brzegiem zalewu znajduje się, należąca do wspomnianego koła, stanica wędkarska i wypożyczalnia łódek. Przystań czynna jest od 1 kwietnia do pierwszych lodów, a całodobowo od 1 czerwca do 15 września. Łowić można tu uiszczając dopłatę okręgową (Okręg PZW Katowice). Okres ochronny szczupaka i sandacza trwa do końca maja, wymiar ochronny dla obu gatunków wynosi 50 cm, a dzienny limit 2 sztuki. Przystań tel. 695-746-645. Kierownik przystani tel. 695-746-644.
Opowieści z Diobliny
Patent na koguty
Co by ludzie nie mówili, to "koguty" pochodzą z Kozłowej Góry. To tu po raz pierwszy wrzucono je do wody, by łowić sandacze. Co prawda pierwowzór przyszedł z USA, ale mała grupka miejscowych wędkarzy szybko zmodyfikowała, przystosowała importowany pomysł do gustów krajowych ryb i zaczęła nadzwyczaj skutecznie na ów wynalazek łowić. Na tyle skutecznie, że szczęśliwi posiadacze nowej przynęty obiecali solennie zachować dla siebie tajemnicę jej produkcji. Ale przecież wędkarze to ludek ciekawski, a już szczególnie wtedy, gdy komuś szczęście nad wodą sprzyja ponad miarę. Na Turawie wędkarzom z Piekar Śląskich szczęściło się zanadto. Sandacze wprost pchały się im na wędki, co wzbudziło uzasadnione podejrzenia przystaniowego. Dopóty za szczęściarzami chodził, aż mu obiecali, że na odjezdne pokażą, co właściwie dowiązują do żyłek. Kombinowali dobrze. Ledwo wyszli z łódek, już właściwie byli spakowani. Na otwieranie toreb i grzebanie w klamotach nie było czasu. Jakież było jednak ich zdziwienie, gdy po roku turawski przystaniowy robił już nieudolne podróbki "kogutów". Prawdopodobnie wydobył jakiegoś urwanego na zaczepie.
Być prorokiem
Z tym kolegą jeszcze na sandacze nie wypływałem, ale kumpel był fajny, więc czemu nie spróbować. Poprowadziłem po swoich miejscach. Tu nic, tam nic, szwendaliśmy się po wodzie bez kontaktu z rybami. Zapowiadała się wędkarska porażka. "I jeszcze te cholerne zaczepy" - pogłębiał ponury nastrój kolega. Pompował mozolnie coś bezwładnego na dramatycznie wygiętym kiju. Ejże! Jedno, drugie drgnięcie. "Masz sandacza!" "E tam. Karcza ciągnę." Nagle "karcz" ruszył. Zdryfował w lewo, później w prawo, a mój nie zrażony niczym, ale już wyraźnie podniecony kolega wciąż na siłę ciągnął rybę do siebie. Jeszcze trochę i wwlecze ją pod łódź. "Popuść hamulec" - wrzasnąłem i zacząłem tupać w dno łódki. Posłuchał. Sandacz też usłyszał i korzystając z nieoczekiwanego luzu ruszył na środek zbiornika. To wyraźnie nie spodobało się mojemu kumplowi. Dokręcił kołowrotek, zerknął na mnie. "Nic nie mów, bo mi to przeszkadza" - rozkazał tonem zdobywcy i znów rozpoczął pompowanie... Nie warto być prorokiem wobec niektórych kolegów, jeśli chcemy z nimi jeszcze jeździć na ryby. A może z takimi po prostu nie warto na te ryby jeździć? W każdym razie efekt siłowego holu był taki, jaki przewidywałem: sandaczysko wpakowało się pod łódkę, złamało wędkę i odpłynęło w sobie tylko znanym kierunku. Nawet go nie zobaczyliśmy.
Marek Kluczek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze