[p]Od pierwszego w życiu wypadu na lód minęły już ponad 2 miesiące. Choć za pierwszym razem rybki nie dopisały i nie udało się wyjąć nawet jednej to nie zraziłam się. Tego dnia też padł tylko jeden maleńki okonek, którego Stempel chwycił po wielu godzinach biegania od przerębla do przerębla. Wróciwszy do domu poczyniliśmy więc większe przygotowania.
Nie minął tydzień a my znów pojechaliśmy zapolować. Tym razem w inne miejsce-Jezioro Maróz. Piesza wędrówka około 3km na dzień dobry pozwoliła nam się porządnie rozgrzać. Mięliśmy nadzieję, że nie drepczemy na marne. Okazało się po kilku godzinkach wędkowania, że każdy miał rybkę, choć niedużą żeby się nią zaraz chwalić. Wyciągnęliśmy po kilka okonków i płotek. Po którymś wrzuceniu zestawu w przerębel zauważyłam delikatne branie-jakby spławik lekko przesuwał się to w jedną to w drugą stronę. Zacięłam! Okazało się, że to coś większego. Stempel zaczął na mnie wrzeszczeć, że zbyt nerwowo kręcę kołowrotkiem. Nie przywykłam jeszcze do wyciągania ryb za żyłkę ale w tym przypadku to chyba nawet dobrze. Tak czy siak, po emocjonującym holu zobaczyłam śliczny i baaaardzo duży łeb zimowego garbusa tuż pod powierzchnią wody w przeręblu. Spojrzał na mnie swoim pięknym okiem i przez dosłownie 3 sekundy dał napawać się widokiem zdrowej, silnej, drapieżnej ryby, żeby raz jeden machnąć intensywnie umięśnionym ogonem i zniknąć pod grubą warstwą lodu z hakiem w pysku. On odpłynął a mnie Stempel jeszcze chwilę uczył, że tak jak ja łapię ryby to się łapać nie powinno. No tak, takie jest właśnie moje szczęście-nowicjusza. (Chociaż Go widziałam:D i to na mój zestaw zdecydował się pokusić. Mi spojrzał w oczy i oznajmił, że mam się dobrze przyjrzeć, bo więcej się nie spotkamy… no niekoniecznie), ale ucieszyłam się z brania i zasmuciłam nieco mając nadzieję, że szybko pozbędzie się haczyka. Chłopakom nie brało za specjalnie, choć ja się bawiłam dobrze wyciągając co jakiś czas płoteczkę czy małego okonka.
Postanowiliśmy zebrać się i pomaszerować żeby sprawdzić jeszcze co pod lodem piszczy na naszym jeziorku (Myślice) niedaleko stacji-tak, żeby jeszcze przed przyjazdem pociągu móc kilka miejsc sprawdzić. I znów trzykilometrowy marsz-tym razem na szczęście z górki.
Na miejscu okazało się trochę lepiej niż ostatnim razem. Każdy wyciągnął sporo płotek choć mniejszych niż na Marózie. Zdarzył się czasem klenik nieduży. Bawiliśmy się dobrze i jeszcze nie raz wróciliśmy na Myślice co tydzień badając inne miejsce. Standardowo z wypadu padało około 50 na głowę mniejszych czy większych płoci, krąpii i niekiedy niewielki okonek połknął przynętę. Zabawa przednia nie nudziła się bardzo długo. Zdarzało się, że siedzieliśmy od wschodu do zachodu nie zważając na zmarznięte stopy czy ręce. Tęsknota za cieplejszymi i dłuższymi dniami jednak nie została we mnie do końca zażegnana ale w utajeniu gdzieś głęboko przypomina o sobie. Wypadami na lód uprzyjemniam sobie czas oczekiwania aż całkowicie zniknie i odsłoni mi pole do wiosennych i letnich popisów. Już nie mogę się doczekać. A tymczasem dalej planuję rybne zasiadki zanim lód nie pozwoli bezpiecznie stąpać po swej powierzchni… [/p]
Komentarze