Im bliżej godzin popołudniowych, tym więcej symptomów zbliżającej się burzy. Krótkie, lecz mocne podmuchy wiatru. Lekko przyczernione obłoki. Duchota. Parno. Sprzęt i „wszystko, co potrzeba” w samochodzie. Parasol też. - Do diabła - popada, nie popada, popada, nie popada? - Co robić? Nie mam ochoty na „mokrą nockę”. - Trudno, Wisła odpada. Chyba, że bliżej domu…? - A dlaczego nie? Może zalew w Brodach? - Chłopie, kiedy Ty tam byłeś z „kijami”? Pomyśl ilu tam dziś będzie wędkarzy. - To może rzeka przed zalewem? - Już lepiej. Tylko „startuj” natychmiast, „bo jak znam życie” to po szesnastej i na Kamiennej nie będzie wolnego miejsca. - Dobra, pa, pa kochane „domowe pielesze” – odjeżdżamy. Mam szczęście. Moje stare, sprawdzone miejsce jest wolne. Lekko oddalone od innych stanowisk, z ładnym przybrzeżnym głęboczkiem (ok. dwa metry) i prawie nieistniejącym nurtem na całej szerokości rzeki, obiecuje dobre efekty. Przynajmniej drzewiej tak bywało. Osłonięty nadbrzeżnymi „krzakami” od „wesołego, weekendowego otoczenia”, zaczynam zabawę tyczką. Leciutki zestaw, tuż po gruncie. Dwa, trzy białe robaki (na zmianę z pinką). Zanęta z lekkim klejem; na leszcza i….cisza. Zmiana. Drobny „czerwony” i….cisza. Pół gruntu…cisza. Kukurydza…cisza. Czekolada…w zanęcie – płoteczki i „narybek” leszczyka. Godziny płyną i…cisza. U „konkurencji” podobnie – „cichosza” – jak u Grzegorza Turnaua. Zmrok. Zamieniam tyczkę na feedery. - W was „kijki” nadzieja. Próżna to nadzieja. „Noc ciemna zapadła” i tylko w oddali, na ciemnym niebie, od czasu do czasu, „ręka srebrzysta” rozświetla swym blaskiem „uśpiony horyzont”. Na szczęście nie grzmi. Czyli daleko. - No, nareszcie. Zakołysało świetlikiem. Zupełnie ładny okaz leszcza. - Może się zacznie. To przecież ta pora. - Niestety. Znów cisza. Minęła „trzecia”. Zimno. Zmieniam jednego feedera na bolonkę. „Światełko” na spławik i… tuż „po brzegu”. W głęboczek. Trzy spore kule – delikatnie, bez nadmiernego „szumu”. - O, jest ładny odjazd. Spokojny, ale stanowczy. Takiego lina to się nie spodziewałem. To ci dopiero niespodzianka. Świta. Lekka mgiełka. - Za chwilę będzie cieplej. Z oddali „zbliża się” dziwny szum. „Ciągnie się” wzdłuż koryta rzeki. Pod prąd. To cztery piękne łabędzie majestatycznie „suną” na swój poranny spacer. - Śliczne. Oj, śliczne. Nagle trzask. Huk. - Co się stało? Co? No, co? - Przecież nie ma burzy? „Krzyk” łabędzi. Przeraźliwy „krzyk”. Piękny ptak „zsuwa się” z drutów „średniego napięcia” i wpada do wody. Pozostałe krążą nad martwym kuzynem. Nurkują, lekko go dziobiąc. Po kilku minutach dwa odlatują. Jeden zostaje. Nie zwraca uwagi na gromadzących się wędkarzy. Wierny swojemu partnerowi. Wierny…Może pyta: - Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Samo życie…
Komentarze