Reklama

Zwierzyna nie na wędkę

25/03/2013 17:21

Taki trochę okołowędkarski temat, grubszy zaraz zacznę klecić, nie mogę przecież wypstrykać się w kilka dni ze wszystkich poważniejszych przemyśleń. W weekend byłem oczywiście na rybach. Jak inaczej, skoro kupiłem nowe zabawki, na dywanie nie sprawdzę jak się kołowrotek sprawuje. Nie ważne, że robak zamarzał w locie, nie ważne, że w byle jakim miejscu, jedynym do którego dojechał samochód - jakiś metr głębokości, ważne, że kije w wodzie. Efektów brak, no chyba, że liczymy katar który złapałem.

Wędkowanie. Znaczy my na brzegu, one w wodzie. Bezpiecznie, to my jesteśmy górą… w kwestii BHP przynajmniej. Bo kto bardziej cwany, to się jeszcze okaże.
Przyroda, cisza, odludzie. Powalone drzewa na brzegu, wielkie pnie w wodzie, zarośla, krzaki, zdziczałe sady owocowe. W odległości kilku kilometrów pewnie nie ma nikogo. Nikogo dwunożnego…
Jedna z pierwszych moich nocek. Łowię sam. Godzina 23:00, może trochę później. Nagle za plecami słyszę hałas, szelest krzaków i trzask łamanych gałęzi. Truchleję. Co to jest? Beeeeeeeeee!!!! – słyszę z tyłu w krzakach. Trudno mi ten dźwięk oddać literami. To było coś pośredniego między kaszlnięciem gruźlika, a głębokim beknięciem po puszcze piwa wypitej jednym łykiem. Z dużej mordy, nie ludzkiej. Beeeeeeeeeeee! Beeeeeeeeeee! Kur…a, co mam robić, co jest?! Siedzę w składanym fotelu, wciskam się głębiej w oparcie, ręką przyciągam do siebie skrzynkę i plecak. Niech coś mnie osłania. Mam nóż. Jestem przestraszony, dość znacznie. Chyba odechciało już mi się łowić w nocy. Beeeeeeeeeee!!! Słyszę jeszcze bliżej. Dźwięk nic mi nie mówi, a wyobraźni zaczyna podpowiadać coraz bardziej idiotyczne rozwiązania. Idiotyczne z perspektywy czasu, wówczas mózg po prostu szukał odpowiedzi. W pewnej chwili doszedłem do wniosku, że to małpa. Że może jakiś goryl z zoo uciekł i teraz drze mordę za moimi plecami. Nic sensowniejszego do głowy nie przychodziło.
Szelest w krzakach, Beeeeeee! – jakoś ciszej, nie w moją stronę mu się czknęło. King Kong wycofuje się, wraca do lasu. Cisza. Jestem mokry. Prawie urwałem poręcz fotela, tak się w niego wciskałem. O powrocie do domu nie ma mowy. Za daleko, za ciemno, za bardzo jestem zesrany, żeby się przedzierać ze sprzętem przez krzaki. Zostaję. Dźwięk już się nie powtórzył, a ja przekoczowałem jakoś do świtu. Nad ranem nawet były brania, dwa prawieleszcze i niewielki sum. Jakaś to pociecha, natomiast jak już zrobiło się widno, sam się z siebie śmiałem. Dawno nie miałem takiego stracha.
Jakiś czas później spotkałem Mistrza, opowiedziałem mu historię. Śmiał się z tej małpy i powiedział, że to był jeleń. Duży samiec, ryczał za łanią, czy coś takiego. Ale jaja. Już wiem, jak się czuli Gucwińscy podczas swoich podróży.
Ale to był tylko raz, jak nieczłekoształtne mnie tak przestraszyły. Miałem wiele innych spotkań ze zwierzyną, samemu będąc na rybach. Normalnie Polska to dziki kraj! Ale piękny. Siedząc nad Wisłą widziałem na przykład stado około 30 saren przepływających z jednego brzegu na drugi. Niesamowity widok. Płynęły idealnie równo, nurt ich nie znosił, jakieś 200 metrów powyżej miejsca, gdzie stałem. Pełna rozmiarówka, od jeleni z wielkim porożem, po maluchy ledwie nad wodę wystające. Co ciekawe, tego samego lata, z miesiąc później widziałem jeszcze większe stado dzików, w tym samym miejscu przeprawiające się przez rzekę. Na niebie lata para orłów bielików. Widuję je regularnie. Któregoś razu widziałem jak nad łąkami uczyły latać swoje dwa młode. Ale w zeszłym roku młody był już tylko jeden. Innym razem obserwowałem przez dobrą godzinę jak para, na środku Wisły, na piachu kąpała się, taplała w płytkiej wodzie, iskała czy nie wiem jak to nazwać, ale drapały się nawzajem dziobami. Zawsze mam przy sobie lornetkę, przyglądałem się przez nią, były jak na wyciągnięcie ręki. Przepiękne ptaszyska. Albo norki, czy kuny. Nie wiem dokładnie, ale jakieś takie łasicowate. Normalnie syczały na mnie jak podchodziłem, żeby strzelić fotkę. Były dwie duże i pewnie w norce jakieś małe. Kiedy się zbliżyłem, jedna duża chowała się w korzeniach, a druga prężyła i syczała na mnie. Po chwili ta sycząca chowała się, a wyskakiwała druga chcąc mnie przegonić. Postaram się znaleźć zdjęcie i zamieszczę jako ilustrację do wpisu.
Raz napatoczyłem się na borsuka – biało czarny łeb, ładne zwierzę. Nie spodziewałem się, że jest tak słusznych rozmiarów. Albo bóbr, wylazł mi kiedyś na główkę, pewnie nie widział, że siedzę. Wylądował jak u siebie na ganku i dopiero po chwili mnie zauważył. Nie wiem, kto się bardziej zdziwił, ale nastąpiła chwila konsternacji. To kawał świniaka, wielkości dorodnego wilczura, tylko że na krótkich łapach. Po chwili powoli się odwrócił, cały czas czujnie mnie obserwując i wśliznął bezszelestnie do wody. Zawsze mógłby być taki subtelny, bo kiedy wieczorem zaczynają kursować jak wściekłe i co raz chlapną przestraszone ogonem, to mam wrażenie, że wszystkie ryby z okolicy uciekają pod Kraków. Są jeszcze lisy, zające, kuropatwy, czaple, kormorany i cała masa wodnego ptactwa – normalnie jak na Safari. Niejednokrotnie również dzieliłem łowisko z wypasającymi się krowami, czy końmi. Tak, tak. Wędkowanie to nie tylko bułka z masłem i kawa w termosie. To nie tylko moczenie kija w wodzie, dziurawienie robaków i karmienie drobnicy pachnącym ciastem. Warto mieć oczy dookoła głowy, HD Wieścovery Live bez abonamentu.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama