Jak każdego dnia, gdy po pracy mam trochę wolnego czasu, wyskoczyłam na rybki. Na nasze regularnie zanęcane miejsce, a mamy nie daleko nad jezioro ok.10 min. idąc spacerkiem. Poszłam sama ponieważ mąż tego dnia był w pracy, a było to 24 czerwca ok. godz. 17-tej.
Jak zawsze po zanęceniu, ustawiłam sobie stanowisko zarzuciłam dwie wędki, obydwie na kukurydze na każdą po dwa ziarenka. Mój zestaw o ile mogę go tak nazwać, jest zestawem (uniwersalnym) płociowo, leszczowo, linowym. Czyli wędka o długości 3,60 żyłka główna 0,22, żyłka przyponowa 0,16, spławik 4,5g, a haczyk 8. Na pierwsze branie nie musiałam długo czekać, na prawą wędkę, wyciągam ładną płoć, odczepiam i wrzucam do siatki i nagle patrzę mam kolejne branie na drugą wędkę, odkładam szybciutko pierwszą na widełki. Zacinam i poczułam wielki opór, myślę sobie o coś zahaczyłam, ale nie! Kołowrotek pięknie zagrał, ze szpuli zaczęło mi szybko żyłki ubywać coraz to mocniej i mocniej ryba wyciągnęła już ponad 100m. Widząc to ja jeszcze dokręcam hamulec kołowrotka, a tu nadal ze szpuli żyłki ubywa. Moja kontrola nad rybą była właściwie znikoma, jedynie co mogłam zrobić to regulować hamulcem. Bałam się jednak, że jak za mocno dokręcę to się zerwie, ale nie miałam wyjścia ponieważ niewiele żyłki mi już pozostało. Ryba robiła wieki łuk od lewej do prawej strony, żyłka naprężona do granic możliwości, a ja słyszę piękne granie żyłki,(ponieważ mocno wiało tego dnia). Tą melodie do dzisiaj mam w pamięci, niczym anielski dźwięk harfy. Ryba ciągnęła cały czas, mi już ze zmęczenia ręce zaczęły omdlewać. W tym czasie tyle myśli mi przez głowę przechodziło, czy dobrze zawiązałam haczyk i krętlik czy przypon wytrzyma, żyłka gdzieś nie osłabiona i kołowrotek nie zawiedzie itd. Po kolejnych długich minutach czuję, że ryba zaczyna opadać z sił, więc zaczynam ją stopniowo holować do Siebie. Upływały kolejne minuty, jest coraz bliżej i bliżej wtedy ją zobaczyłam. To był wielki piękny karp, aż swoim oczom nie mogłam uwierzyć !!! W końcu zmęczoną próbowałam podholować do siebie, usiłowałam go podebrać podbierakiem, ale niestety nie byłam przygotowana na tak dużą rybę i w podbierak nie chciała się w żaden sposób zmieścić, bo był po prostu za mały. Nie mając innego wyjścia, postanowiłam podholować ją do brzegu. Ponieważ moje stanowisko jest oddalone od brzegu 20 m (widoczne na zdjęciu) czyli stoję do pasa w wodzie, a łowię na głębokości 6m. Z wielkim trudem, udało mi się na brzeg wyciągnąć wielką rybę. Zmęczona jak nigdy na rybkach, z drżącymi rękoma zadzwoniłam po swoją córkę, aby przywiozła mi aparat fotograficzny. Chciałam zrobić sobie zdjęcie tej ryby na tle jeziorka. Kompletnie nieświadoma byłam ilu widzów miałam za plecami, a było ich sporo. Po oględzinach i wadze okazało się, że karp ważył 12 ,92 kg mierzył 87 cm. To wydarzenie będę pamiętać do końca życia. W tym jeziorze nie spotkano karpia od ponad 5-6 lat, a wpuszczono do tego jeziora tylko raz ok. 200szt. 13 lat temu. Kiedy już trochę ochłonęłam, zadzwoniłam do męża i z wielką satysfakcją pochwaliłam się co złowiłam i wysłałam mu zdjęcie, a właściwie krótki filmik złowionej ryby, zrobionej telefonem przez jednego z widzów. I po tym telefonie (czas połączenie 18,03) zorientowałam się ile ta walka trwała, między 30 a 40 min. Chciałabym jeszcze raz w życiu, doświadczyć podobnego przeżycia, ale czy będzie mi dane? Czas pokaże. Czego wam drogie koleżanki i koledzy ze szczerego serca życzę.
Komentarze