W tym roku wybraliśmy się na typowo sandaczowe jezioro położone w zachodniej części Smalandii – Bolmen. Pisząc "wybraliśmy" mam na myśli stałą ekipę wyjeżdżającą trzeci raz do Skandynawii pod nieformalną nazwą Ciężka Jesienna Orka wraz z przyjaciółmi z redakcji wedkuje.pl.
Bolmen to jedno z największych szwedzkich jezior, jednocześnie oferujące wiele urozmaiconych łowisk – począwszy od płytki zatok, porośniętych trzcinami (typowe Mazury) poprzez wielkie płaskie blaty ze średnią głębokością 6-8m po podwodne rowy i doły dochodzące miejscami do ponad 20m głębokości. Wszystkie warunki sprawiały że nadzieje na piękne okonie, sandacze i szczupaki rosły z każdym dniem przygotowań do wyprawy. Niewątpliwym plusem jest też fakt, że wschodni brzeg Bolmen (okolice Liungby) leży w graniach 200km od terminala promowego w Karlskronie.
W tym miejscu warto wspomnieć, że to kolejna wyprawa organizowana przez nas zupełnie prywatnie bez pomocy tzw. „biur turystyki wędkarskiej” oferujących z reguły najczęściej odwiedzane, a co za tym idzie przełowione, przez wędkarzy miejsca. Dzięki możliwościom jakie daje internet dość łatwo znaleźć interesujące miejsce, skontaktować się z właścicielem i uzgodnić wszystkie szczegóły. Reszta sprowadza się do rezerwacji biletów na prom, które nam udało się zdobyć w specjalnej, przygotowanej dla społeczności wedkuje.pl, promocji, którą zaoferowała linia Stena Line.
Wyposażeni w niezbędny sprzęt (dobre, nieprzewiewne ubrania, echosondy, zestawy wędek i przynęt) zlądowaliśmy w sobotnie przedpołudnie w wynajętym przez nas domku. Przywitało nas rześka, słoneczna pogoda – typowa dla października w Szwecji. Dla osób, które jeszcze nie miały okazji wyjeżdżać na szwedzkie jeziora jedna rada – poważnie potraktujcie kwestię odpowiedniego ubioru. O ile w Polsce w razie załamania pogody można szybko spłynąć i schronić się w przytulnym miejscu o tyle na ogromnych szwedzkich akwenach, przy silnym wietrze, jest to bardzo trudne. Jeśli ktoś nie ma na sobie kilku warstw najlepiej oddychającej ale nieprzewiewnej odzieży szybko zaczyna tęsknić za rybaczówką a przecież nie po to jedzie się taki kawał aby cierpieć katusze z zimna i wilgoci.
Pierwszy dzień poświęciliśmy na zbrojenie sprzętu i ustalenie taktyki. Akurat z domku obok po 2 tygodniach pobytu wyjeżdżali Niemcy, więc zasięgnęliśmy języka gdzie najlepiej wybrać się na sandacze. Następnego dnia z rana ruszamy na wodę. Lekko opadająca mgła i bezwietrzna pogoda przypomina nieco zeszłoroczny pobyt nad Foxen. Niestety dzień pomimo pięknej pogody i wielu godzin testowania różnych miejsc nie uraczył nas rybami. Następnego dnia po analizie mapy ruszamy całą armadą łódek w przeciwnym kierunku. Jedna z poprzednich polskich ekip chwaliła się, że łowiła w rejonie, który zamierzamy przetestować. Po kilku godzinach poszukiwań udaje się znaleźć ciekawy spad z 4 na 10m. Ustawiamy się na głębokiej wodzie rzucając na płytką. Niestety wiatr się dość wzmaga a miejsce nie jest za bardzo osłonięte od wiatru. Łódki ze zbyt lekkimi kotwicami muszą spłynąć. Reszta łowi. Mija pół godziny… i na moim shakerze specjalnie dozbrojonym „na sandacza” czuję dziwne przytrzymanie plecionki, szybkie zacięcie i… jest, siedzi! Tego dnia wspólnie z partnerem na łódce – Grzesiem Sicińskim złowiliśmy 9 sandaczy. Niestety wiatr tak przybrał na sile, że dość wcześnie musieliśmy spływać. Fale dochodziły do ponad 1m wysokości i miejscami naprawdę było groźnie. Kolejne dni przynosiły zmienne szczęście uzależnione od dość zmiennej pogody – od porywistego wiatru, poprzez bezwietrzne słońce po deszcz i śnieżyce. Część ekipy nie miała zbyt dużo szczęścia i odnotowała tylko pojedyncze sztuki.
Podsumowując – miejsce ciekawe przetestowania. Ogrom jeziora gwarantuje wielogodzinne wycieczki po wodnych pustkowiach. Sumarycznie ani wagowo nie odnotowaliśmy co prawda rekordów ale z drugiej strony nikt z nas nie jechał na zawody a jedynie odpocząć w gronie przyjaciół. Do legendy przejdą wieczorne bramborki, kwieciste stakany, nauka zbrojenia gum albo maska mima, tudzież kontakty polsko-duńskie.
Rafał Jabłoński
Podsumowanie Piotra Lisickiego vel Leesu:
Jako uczestnik już 3-ciej wyprawy z portalem wedkuje.pl oraz z grupką zapaleńców zrzeszonych pod nazwą Ciężka Jesienna Orka (www.cjo.org.pl) mogę pokusić się o pewne statystyki i przemyślenia. Po ostatniej relacji z wyprawy nad jezioro Foxen głęboko do serca wziąłem sobie do serca niekiedy niewysublimowane porady udzielone na forum portalu wędkuje.pl przez doświadczonych wędkarzy. Postanowiłem nie łączyć ze sobą szlachetnej sztuki wędkowania z jakże starą i tradycyjną sztuką próbowania trunków, które dla większości kojarzone są z piciem wódki. Stwierdziłem, że skoro ostatnim razem, kiedy niestety nie powziąłem podobnego zobowiązania udało mi się naprawdę lukratywnie połowić to teraz w pełni świadomy, spostrzegawczy i czujny niczym rosomak dołożę do statystyk i rekordów kilka spektakularnych wyników.
Pomijając pasjonującą cześć podróży na miejsce, symultanicznej żonglerce kotletem kowala i kilku innych ciakawostek skoncentruje sie na szybkim opisie zbiornika. Wszyscy się tam wybierający w końcówce października, przygotujcie się na ekstremalne warunki pogodowe, wielkie fale, które od spokojnej tafli do 1,5 metra pojawiają się w 5-10 minut, śnieg, wiatr, mgła, ect (pewnie gdzieś były jeszcze inne plagi włącznie z szarańczą, ale mnie wystarczyło to co widziałęm). Ciężko było komfortowo powędkować, cały czas przestawianie łódki, chowanie się do zatoczek, ect. Ukształtowanie dna również dość specyficzne, na bardzo dużych obszarach praktycznie „stół” na głębokości 5-6m, szukanie dołków zajmowało dużo czasu a po dotarciu na uskok warunki często zmuszały do odwrotu.
Sprzęt który zabrałem to klasyczny zestaw (od okoniówki 3-18 gram poprzez sandaczowo-szczupakowy kij dragona do 35 gr kończąc na cieżkim kiju do trollingu do 150 gram). O wędkach nie zamierzam się rozpisywać, ale naprawdę na szczególną uwagę zasłużyły sobie woblery Storma, które postanowiłem na tej wyprawie sprawdzić. Zazwyczaj koncentruję się przynętach gumowych dlatego ciekawy byłem jak poradzę sobie z tymi przynętami.
Reasumując, akwen dla mnie cały czas jest zagadką, kluczowym wydaję się być doświadczenie i umiejętność łowienia z opadu co przy cieżkich warunkach pogodowych jest niezmiernie trudne. Równie ważny jest umiejętny dobór przynęt oraz stosowanie różnych metod dozbrajania. Myślę, że warto odwiedzić to miejsce na wiosnę, kiedy o stabilniejszą pogodę będzie znacznie łatwiej. Do łowienia w trollingu polecić mogę wyżej opisany wobler, który idealnie sprawuję się przy tego typu ukształtowaniu zbiornika.
Wracając do stwierdzenia z początku mojego opisu ……. statystyk i rekordów nie poprawiłem co rodzić może pewne przemyślenia ……. z czysto statystycznej analizy wynika, że tradycyjna sztuka kulturalnego próbowania trunków zarówno nie ma negatywnego wpływu na osiągane rezultaty a dodatkowo może poprawić komfort podczas ciężkiej przeprawy przez wielkie fale oraz pocieszyć przy powrocie o kiju
Podsumowanie Marcina Krysia vel Krycha:
No i zaczęło się … po raz 3.
CJO tym razem, w niezmienionym składzie, postanowiło poeksplorować szwedzkie jezioro Bolmen (10-ty co do wielkości akwen tego typu w kraju Astrid Lindgren) w poszukiwaniu sandaczy. Po przyjeździe standardowo: rozpakowanie najważniejszych bagaży, przygotowanie sprzętu, wymiana poglądów, rozdanie sprzętu do testów (tu ukłon w stronę www.wedkuje.pl i Normark) i …… nie starczyło czasu na wypłynięcie ;). Wieczorne pogaduszki szybko jednak ustały i lekko chwiejnym krokiem udaliśmy się do łóżek. Przecież jutro zaczynamy !
Jezioro okazało się bardzo wymagającym łowiskiem, zarówno pod względem ukształtowania dna (w zasadzie same płaskie blaty na głębokościach 8 – 18m) jak i niesprzyjających warunków, które zostały opisane przez Leesa. Skwituje to jednym zdaniem: chwilami, było naprawdę mało śmiesznie.
Po długich poszukiwaniach udało się odnaleźć kilka dołków, które w zasadzie do końca wyjazdu, były przez nas okupowane. Próbowaliśmy także trolingu na głębszych blatach (tych do 18m). Biorąc pod uwagę, że sesja trolingowa trwała w moim wykonaniu niecałą godzinę, uważam, że wynik = jeden sandacz około 40 cm nie jest wynikiem tragicznym. jednak tragiczne warunki atmosferyczne sprawiły, że ta metoda musiała pójść w odstawkę.
Pozostało nam jedynie bawić się w chowanego z wiatrem, deszczem i śniegiem. Co do wiatru – zmieniał się kilka razy dziennie i to zarówno pod względnem siły, jak i kierunku, co zapewne także przyczyniło się do słabej chęci współpracy ze strony ryb ;(
W sumie, jako cała ekipa, nie możemy pochwalić się imponującymi wynikami. Złowionych zostało w granicach 40 sandaczy (największy w granicach 2,5 – 3kg), 2 szczupaki i około 10 okoni. Wynik w porównaniu z CJO 2 mizerne.
Postanowienia po CJO 3: - czas na zmiany … jeszcze dokładnie nie wiemy, co zmienimy, jednak jeśli przyszłoroczne CJO się odbędzie, to będziemy chcieli wypróbować nowych, akwenów może rejonów, może będzie to woda płynąca a nie stojąca - nie podejmiemy wyzwania mierzenia się z tak ogromną, otwartą, wodą jaką jest Bolmen w okresie jesiennym
Podsumowanie Dariusza Kalbarczyka vel Kalbar lub Hvalaman:
„Kupa sprzętu brak talentu”...
To moja kolejna zagraniczna wyprawa pod flagą "CJO" i portalu www.wedkuje.pl. Dla niewtajemniczonych CJO czyli Ciężka Jesienna Orka jest nieformalnym stowarzyszeniem wielbicieli długich szyderczych rozmów wśród doborowego towarzystwa.
Po krótkim wstępie odniosę się do podtytułu, który dotyczy (nie) tylko mnie i jest subiektywnym spojrzeniem na moje umiejętności lub jak chyba wszyscy wolimy - bardzo trudne i wymagające łowisko ;). Po kilkunastogodzinnej podróży, która jak zawsze jest niesamowicie barwna w przygody i różnego rodzaju incydenty-do tej pory pamiętam swoje spotkanie w lokalnym barze z "kotletem kowala" - niezły twardziel z niego był! Zadokowaliśmy się w domkach nad jeziorem Bolmen. Musze się przyznać, że postawiłem przed sobą ambitny wędkarski cel dać wycisk szwedzkim "mętnookim". Dodam, iż nie jestem zupełnym żółtodziobem nad wodą ale biorąc pod uwagę, iż w naszym składzie byli przecież starzy wyjadacze „rybiej ikry” pokroju Grzegorza Sicińskiego i Zdzisława Rudaka to moje ciśnienie i trema wzrosła. Dobra do rzeczy...
Pierwszego dnia nie łapaliśmy z powodu późnego przybycia na miejsce i innych zajęć na miejscu, które uniemożliwiły bezpieczne wędkowanie ;). Następnego dnia po obfitym śniadaniu ruszyliśmy na łowisko, pogoda słoneczna i ciepło jak na tą porę. To co Krycha nazwał delikatnie dziesiątym co do wielkości jeziorem w Szwecji ja nazwałbym to po imieniu - MORZE. Z uwagi na ten fakt echosonda to niestety obowiązkowy gadżet wędkarza aby dotrzeć na miejscówkę gdzie zalęgają nieprzeczuwające „zagłady” szwedzkie sandacze. Technika… hmmm jestem zwolennikiem tzw. metody warszawskiej (takie opinie krążą o niej) polegającej na tym aby przynęta poruszała się wolniej i prowadzić ją głównie samą wędką a kołowrotek tylko wybiera luz. W praktyce wygląda to tak, iż po rzucie przynęta opada na dno i ruchem wędki podciągam (delikatne szarpnięcie), przynęta przemieszcza się łukiem na napiętej lince i gdy znów osiągnie dno wtedy opuszczam wędkę na dół jednocześnie szybko wybierając luz i znów podciągam do pewnego poziomu. Przynętę można utrzymać tą technika długo w toni i się nią trochę "pobawić" nadając jej dodatkowych ruchów. Brania pokazuje szczytówka można też wyczuć poprzez dolnik na ręku tzw. pstryknięcia. Ta technika najlepiej sie sprawdza kiedy sandacze są mało aktywne a tak było niestety przez cały wyjazd. Dodatkowym atutem jest stosowanie plecionki w kolorze fluo, pomaga ona wychwycić nienaturalny ruch przynęty i moment opadania jej na dno. Podczas całego tygodniowego wyjazdu każdego dnia mieliśmy inna pogodę od słońca poprzez straszny, mroźny wiatr z deszczem, aż po padający śnieg - MASAKRA. Dodając do tego fale dochodzące nawet do 1,5m łapanie nie było łatwe momentami wręcz przypominała brawurową jazdę na rowerze bez kierownicy i siodełka.
Podsumowując mój podtytuł w krótkim felietonie „Kupa sprzętu brak talentu” i podstawiając do równania ilość zabranego sprzętu i ilość mętnookich chyba przegrałem. Ale za rok...
Komentarze