Tej soboty znów jedziemy na „półkę”. Znów - sto kilkanaście kilometrów. I tylko wciąż ten sam problem: - Co zrobimy, jak będzie zajęta? Przecież na noc to tylko „półka”. Nie da się jej zastąpić. Wszystkie inne miejsca to już „be”. Oj, straszne „be”. Ech, te nerwy. Gdyby tak z satelity…taki mały obrazek….czy tam „pusto”?
Na „półce” siedzi pan Stasio. Pan Stasio właściwie to siedzi na górce, ale na „półce”. Pan Stasio siedzi i sączy piwko. Kolejne piwko. Pan Stasio to „swój chłop”. Przyjezdnym krzywdy nie robi. Drygi nie stawia; uczciwie łowi; na dwa kije. No czasami na trzy, ale bardzo rzadko. Najczęściej na dwa; czasem na jednego – jak ryba dobrze „bierze”. No nie, jeszcze czasem sznur puści, ale tylko czasem – z dziesięć razy do roku; no może dwanaście; no co najwyżej trzynaście, ale więcej to już nie! - Jak bonie dydy, więcej to już nie! Pan Staś siedzi od południa i nic mu nie bierze. - Nawet nie dotknie. No może czasem puknie, ale tylko puknie. - Tak ciut, ciut puknie. Tak puknie, nie puknie. Sam nie wie czy puknie. A w ogóle to już od kilku dni nigdzie nic nie bierze. Nawet na kanale w Połańcu nie bierze. Nie no, Pan Staś pamięta, że ja nie lubię kanału, ale tak sobie gada, żebym wiedział, że tam też nic nie bierze. - No nigdzie to może nie, bo tu bierze. No jemu nie bierze, ale wczoraj bratu, to brało. - Kazik, pieron, wzion dwa leszcze, ale jakie leszcze…, a….a….a i jeszcze karpia - kobyłę. - ?????? - Nie, no karpia, karpia, ale grubego karpia: chyba około czwartej, a może piątej wieczorem? A czy to ważne, wzion i już! Pan Staś puści teraz jeszcze jednego dymka i się będzie zbierał, bo Pan Staś wie, że my z daleka i że my se chcą połowić. I Pan Staś nie będzie taki i nam ustąpi. Najwyżej przyjdzie później, z Kazikiem, ale pójdą na główkę, bo tam może prędzej będą brały. I poszedł. Ale, ale, tak w ogóle, to ja lubię Pana Stasia. - Dobry chłop. Gdyby tylko nie te sznury. No i jeszcze może by tak kartę wędkarską…? Nie, to już ja za dużo chcę od losu. - Pan Staś jest fajny i koniec tematu. - A może ma kartę? Przecież nigdy Go o to nie pytałem? Spróbowałbym zapytać. - Pan Staś jest super! Jasne? A…a, zapomniałem o najważniejszym! Pan Staś, nim odszedł, nakazał mi, pod rygorem: „ że jak nie, to mnie pie……..y”, rzucać koszyki tam, gdzie on, „bo teraz ryba tylko tam pływa”, a nie tam, gdzie ja „wiecznie walę”. I do swojej zanęty mam dodać pszenicę „ jego produkcji”, którą – w drodze łaski – mi zostawia, bo mnie lubi. Na takie dictum brakło mi argumentów. Postanowiłem wykonać zalecenia: - Bo skoro Pan Staś mnie lubi…to o czym tu dyskutować…Przecież Pan Staś mnie lubi! - Do pracy… Przez kilka godzin cisza. Jeszcze jaka cisza: „…czasem puknie, ale tylko puknie. Tak ciut, ciut puknie. Tak puknie, nie puknie”. No, może nie do końca. Na główce najbliższej tamy pojawił się Pan Stasio. „Zarzucił” dwa kije i po kilku minutach….usnął. Tak, tak, po prostu usnął. A jak chrapał; oj, jak chrapał. Wisła niosła to chrapanie, chyba aż do Połańca. Zaczęło się dopiero o czwartej nad ranem, ale za to jak się zaczęło. Branie za braniem. Leszcz za leszczem. Siedemnastu „złotołuskich”, trzy karpie, „piątka” dorodnych karasi. Nie dałem rady na dwa „kije”. Poszedłem w ślady Pana Stasia: „…na jednego – jak ryba dobrze bierze”. - To ci dopiero była „zabawa”. I tylko Pan Staś spał spokojnie – na „główce”, na trawce…
Czarodziej Pan Staś? Zaczarowana pszenica? Zaczarowana „półka”?
Czarodziej Pan Staś!!!
Nie wierzycie? Poszukajcie swojego czarodzieja, Pana Stasia, zaczarowanej zanęty, zaczarowanej „miejscówki”… Tego Wam z „całego serca” życzę…
Post scriptum: Pan Staś i jego brat "mają" Kartę i .... "wiedzą swoje". A tak w ogóle, to "tylko po piwie, tak mu się plotło".
Komentarze