Reklama

Imieniny na Roztoczu

23/03/2010 22:23
Łażąc po moim ukochanym Ursynowie zajrzałem niby przypadkiem do ulubionego sklepu wędkarskiego. Jakieś ple ple i gadu gadu z właścicielem oraz spojrzenie na wystawę zaowocowały zakupem kilku woblerków. Ot, takich maleństw mogących się przydać na marcowe i kwietniowe wędrówki w celu bliższego spotkania jazi lub kleni.
Późnym popołudniem, pisząc e-maila w innej sprawie do Łysego Węża, nie omieszkałem się tym pochwalić. Przy okazji wyraziłem tęsknotę za wędrówką ze spinningiem brzegami: może Wisły, Wkry lub np. Bzury....

Połknął haczyk...!
Około 20.30 zadzwonił ! On też wyraża tęsknotę za rybkami i przedstawił konkretną propozycję : wieprzańskie pstrągi na Zamojszczyźnie.
Licencje? Nie ma problemu. Już umówił nas na 7.00 we Frampolu. Tam je wykupimy i uzyskamy niezbędne informacje.
Cóż, po krótkiej rozmowie, przygotowałem kijaszki i coś do nich, żonka zrobiła kanapki i przygotowała termos. Zaległem na godzinkę do pościeli i ... ustawiony na 2.15 budzik już nie musiał dzwonić. Zasnąć nie mogłem. Tak rozpocząłem dzień swoich imienin - Zbigniewa
Kamil był punktualnie o 3.00, a już o 6.30 byliśmy we Frampolu. Po załatwieniu formalności z licencjami przejechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów i nareszcie dotarliśmy do interesującego nas odcinka rzeki Wieprz.

Wbiłem się w pożyczone od Kamila neoprenowe śpiochy. Niestety, przesadziłem z ich wypełnieniem na stopach. Grube, wełniane skarpety i filcowa wkładka do kaloszy spowodowały, że po godzinie stawiałem kroki jak pokraczny Bourvil na szosie, w pamiętnej komedii pt. Wielka Włóczęga. Bez czyjejś pomocy bym ich nie zdjął, tak ściśle opinały mi stopy, które szybko spuchły.

Wieprz, na tym odcinku, w porównaniu ze znanymi mi rzekami, jest ich miniaturką. Ale śliczną miniaturką. Pięknie wije się pośród lasów, pól i położonych nad jej brzegami miejscowości. Czysta, niegłęboka, z niespecjalnie szybkim nurtem woda zachęcała do łowów.
Jedynie liczne śmieci na brzegach wprowadzały pewien dysonans w ten urokliwy krajobraz.

Na pierwszej miejscówce zaległem na śniegu i przygotowałem kilka wobków. Należało zlikwidować zadziory na kotwiczkach, gdyż tego oczekują i wymagają od wędkarzy gospodarze łowiska. Potem zacząłem je kolejno testować. Trudno się rzucało w zadrzewionym i zakrzaczonym terenie kijaszkiem 2.85 m, jednak wiele lat doświadczeń przydało się i tutaj. Najczęściej stosowałem rzut spod.... no, tego, co kojarzy się z fermą drobiu. Później pozwalałem wobkowi spłynąć z nurtem i wachlarzowato macałem łowisko. Bez efektu. Przeniosłem się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki. Tu było nieco głębiej. Już w pierwszym rzucie pod koniec ściągania coś energicznie łupnęło. Kilka podwodnych młynków, błysk rybiego boku i … luźna żyłka. Zdumienie,zaskoczenie, radość i zapewne tzw. kocia mina to efekty tego branka. Nawet nie wiem, cóż to za mieszkaniec rzeczki zainteresował się moją przynętą. Pstrąg ? Lipień ?
Wyzwolona adrenalinka i zwielokrotniona nadzieja na jeszcze, nakazały pełne skupienie. Dałem telefoniczny cynk Kamilowi : są, zagryzł, uważaj... złoty wobek itp.
Mimo zmiany przynęt : wobki, obrotówki i gumki, nic w tym miejscu już się nie działo. W następnym też nie, w kolejnym pusto, jeszcze innym też zerówa... I tak przez trzy godziny. Nożyska już bolą, plecy domagają się wyprostowania a flaczyska dorzucenia do pieca...
Przyspieszyłem, dogoniłem Łysego Węża za kolejnym zakrętem rzeki, przysiedliśmy na pieńkach i pożerając kanapki popijane herbatką dzieliliśmy się wrażeniami.
Ten „mięsiarz” oczywiście wyjął kilka pstrągów i miał puste brania !!!
Zdołował mnie całkiem. Całe szczęście, że nie były wymiarowe, bo pewnie w desperacji przegryzłbym mu wędkę zakąszając woblerem !
Po tym krótkim odpoczynku znowu wobki poleciały do wody. I znowu to On cieszył się pstrążkami. U mnie kompletna kicha. Na tym odcinku rzeki łowiło się łatwiej. Mniej krzaczorów i drzew umożliwiało bardziej precyzyjne rzuty. Ale co z tego ?
Około 13.00 postanowiliśmy zmienić miejsce na polecane nam przez jednego z kolegów. Dzięki „cudownemu” oznakowaniu dróg, kręcąc się autem, jak to osławione coś w przeręblu, wylądowaliśmy oczywiście gdzie indziej. Ale rzeka jest ? Jest ! Co prawda jeszcze węższa, ale równie urokliwa. No to do roboty.

Oczywiście pierwszy pstrąg przykleił się do Kamila. Drugi też wybrał Łysego. Kurcze ! Przecież ja też nie jestem już specjalnie zarośnięty... Ohydna rzeka, beznadziejna pogoda, paskudne drzewa, porąbane bobry, na kiego grzyba to wstrętne ptaszysko drze dziób w zaroślach, jak się wysikać w śpiochach... Wszystko mi przeszkadzało !

W tym „miłym” nastroju dotarliśmy spinningując do czerwonej tablicy oznajmiającej teren Roztoczańskiego Parku Krajobrazowego. Tam już łowić nie można. Nareszcie ! Koniec tej gehenny ! Koniec z drażnieniem mojej ambicji przez towarzyszącego mi „mięsiarza” ! Koniec z zapadaniem się za kolana w błoto i śnieg ! Koniec z przedzieraniem przez krzaczory ! Koniec pocenia się w neoprenowych śpiochach ! Koniec, koniec, koniec... Jeszcze tylko ze trzy kilometry do autka. Rany, jak ja za nim tęskniłem ! Kochane autko...Te miękkie fotele, nareszcie sucho, kojąca muzyczka... Perspektywa kilkugodzinnej podróży do Warszawy wydawała się drogą do Ziemi Obiecanej.

Ale zanim wróciliśmy do autka, po drodze dla złapania tchu robiliśmy krótkie przerwy. Oczywiście rzucając. Trafiłem w miejsce, które już wcześniej dokładnie obłowiłem. Karpa, po niegdyś rosnącym tu dużym drzewem, wymuszała na nurcie lekkie zwolnienie, tworzyła fajne zawirowania, było tu nieco głębiej...
Puknął w pierwszym rzucie... To cudowne drganie kijaszka, te młynki, dwa wyskoki nad wodę...
I to zdumione spojrzenie mi w oczy, gdy już miałem Go w ręce... Złowiłem już sporo pstrągów z Dunajca i Popradu. Ten jednak był najpiękniejszy ! Niewymiarowy, ale co to ma za znaczenie..?
Mniejszy od tych Kamilowych..Cóż z tego... Ale mój !
Kilka szybkich fotek i buziak zakończyły naszą krótką, ale niezapomnianą znajomość.

Przed zmierzchem ruszyliśmy do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w karczmie nazwanej BIDA !
Sugerowałem Kamilowi, że to chyba nie najlepszy pomysł. Skoro Bida, to pewnie nas nieźle oskubią. Trzeba przecież walczyć z biedą ! Mimo to weszliśmy. Zapachy zwalały z nóg. Kamil przymierzył się do golonki z rusztu, ja zaś zdecydowałem się na tradycyjnego schaboszczaka. Nie uwierzycie co mi przynieśli. Na olbrzymim półmisku, na górze frytek leżał kotlet gabarytami zbliżonymi do stadionu piłkarskiego ! Takiego w życiu nie widziałem, a moje prawie sześć dych na liczniku i częste podróże są pewnym doświadczeniem. Mimo, że był smaczny i popchnięty piwkiem z beczki, nie zmieścił się w moim głodnym żołądku. Polecam tę karczmę, ale bierzcie porcję na dwóch. A i tak pewnie coś zostanie dla pieska. Do tego naprawdę tanio !

W domu byłem ok. 21.40. Szybka kąpiel i wyciągnąłem obolałe kościska w pościeli. Chciałem przed snem „łyknąć” chociaż jeden rozdział ulubionego Hłaski. Nie zdążyłem...Moje chrapanie było ponoć słyszane w całym bloku.

I tak zakończyło się jedno z moich marcowych wędkowań i imieninowe święto.

PS. Pewien znajomy, po wysłuchaniu tej opowieści polecił mi wizytę u psychiatry. Jego zdaniem facet, który dla jednego pstrążka zalicza 720 km w ciągu jednego dnia, do tego będący w słusznym wieku, nie najlepszego zdrowia i jeszcze udający szczęśliwego, nie może być normalny.
Mam go posłuchać ?

Zbigniew Adamczyk
Zbig28

( Materiał zgłoszony na konkurs wedkuje.pl )
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama