Reklama

Jedziemy do Pawła

30/08/2010 21:25
Wszyscy pamiętamy początek tej historii, którego to winowajcą był Kolega Norbert Stolarczyk (Norbiko1). Wymyślił on akcję, dzięki której szerokie grono Portalu wedkuje.pl zafundowało uśmiech radości na twarzy naszego przesympatycznego Kolegi po kiju - Pawła Balcerowiaka (Balcer00). Pierwsza wizyta u Pawła niestety mnie ominęła i długo nie mogłem odżałować, że wtedy los nie był przychylny. Jakże wielką radość zatem sprawił mi fakt, że Kolega Artur Klepacki (Klepa683) postanowił zorganizować kolejną wizytę u tego uśmiechniętego chłopaka. Od razu zapaliłem się do udziału w tej eskapadzie. Wszystko rozkręcało się na forum.

Codziennie swój udział zgłaszali nowi chętni, a i ja nie pozostałem obojętny. Wyjazd się zbliżał, a los znowu ze mnie zadrwił. Kilka rzeczy się skomplikowało i już prawie zwątpiłem w możliwość uczestniczenia w całym przedsięwzięciu. Ostatecznie stanęło na tym, że sprawą transportu zajmie się Artur, a na miejscu wyborem łowiska będzie kierował Kolega Grzegorz Kamiński (Spokojny). Im bardziej zbliżał się wyjazd tym więcej zadeklarowanych uczestników rezygnowało. Pomyślałem nawet przez chwilę, że to wszystko źle się skończy i akcja spali na panewce. Ja sam miałem już zrezygnować, kiedy Klepa683 przekonał mnie, że muszę jechać koniecznie i nie ma to-tamto.

Z niecierpliwością czekałem na dzień wyjazdu. Wiedziałem już, że będzie mi dane poznać przy tej okazji kilku fajnych gości.
Czyściłem więc wędki, przewijałem żyłki, uzupełniałem braki sprzętowe i czekałem… czekałem… czekałem.

W dniu 25.czerwca 2010 r. o godzinie dwudziestej byłem już w garażu. Artur stwierdził że przyjadą po mnie o dwudziestej pierwszej, ale już nie mogłem się doczekać. Powynosiłem dobytek na podjazd i paliłem faję za fają aż mi się we łbie ciemno zrobiło. Nerwy kurka wodna! Poczłapałem kulejąc do barierek na skrzyżowaniu i wypatrywałem. Wreszcie o umówionym czasie zadzwonił telefon.
- Miras, jedziemy po ciebie.

Po kilku minutach w oddali dostrzegłem srebrnego busa - wszystko nabierało kolorów.
Bus zaparkował opodal mojego garażu, drzwi się otworzyły i … wreszcie mogłem uściskać Klepackiego. Tak, dokładnie uściskać, bo przywitaliśmy się na miśka! Nastąpiła prezentacja. Najpierw Robert, nasz kierowca bo wysiadł żeby pomóc pozbierać mój majdan, a potem przesympatyczna Pani Róża i Karol - Klepa Junior. Szybko załadowaliśmy całe to badziewie które przygotowałem. O dziwo wszystko się zmieściło! A tak się obawiałem!
No i pojechaliśmy…

Nie będę się tu rozwodził na temat naszych rozmów w trakcie jazdy, bo czasu by mi zabrakło na samo wymienianie tematów, ale już od początku rozgryzaliśmy problem naszych foteli. No bo wszyscy wiedzą, że fotel Klepy jest płociowo-leszczowy, ale trzeba było jeszcze określić jaki jest mój „Elektrostatyk”. Po burzliwej dyskusji stwierdzono, że mój fotel jest linowo-karasiowy. No i już mieliśmy niezłą zabawę, bo wieść niosła, że Kolega Jacek Kokot (Spines21) z okazji naszej wyprawy nabył był fotel „Elektrostatyk”, na temat którego szacowne grono od razu orzekło : - KARPIOWY W MORDĘ! Tu nie było wątpliwości. Jechaliśmy jakieś dwie i pół godziny zatrzymując się tylko na stacji benzynowej. Wiadomo, panie na lewo, panowie na prawo, dymek, a Klepacki po Red Bulla. Zastanawiałem się ile tego specyfiku można wypić do czasu jak serducho eksploduje, ale to był dopiero początek. Ja mineralną, a Koledzy z przodu same dopalacze. I tak aż do Częstochowy. Oczywiście odnalezienie Spinesa w tej Częstochowskiej dżungli okazało się trochę skomplikowane, ale od czego są komórki?! Jacek czekał na nas na wlocie jakiejś uliczki. O dwudziestej trzeciej trzydzieści byliśmy pod domem Jacka.
No i tu znowu się zaczęło.
-A jaki jest Twój fotel Jacku?
-A jaki ma być…. KARPIOWY!

Śmiechu było co niemiara, bo wśród nabytków Jackowych dumnie błyszczał karpiowy parasol.
Tak jak myślałem. Jacek to karpiarz, ale karpiarz z klasą. Tak go sobie wyobrażałem. Wesoły huncwot i człek z wyjątkowym poczuciem humoru. Człowiek dusza rzekł bym bez krępacji. Uśmialiśmy się serdecznie i pojechaliśmy dalej.

Tu znów pominę szczegóły naszych rozmów. Moja klawiatura pewnie by się spaliła gdybym zaczął poruszać szczegóły rozmów prowadzonych podczas jazdy. Oczywiście tematyka była zróżnicowana. Gadaliśmy o rybach, o polityce, i o tylnej części ciała pewnej Maryni i tak nam kilometry leciały jak z płatka. Tylko biedny Robert musiał się skupiać na jeździe, bo to panie... w tych czasach oszołomów na drogach w bród!

Kilkakrotnie zatrzymywaliśmy się na stacjach benzynowych no i jak można było przewidzieć, panowie na prawo, panie na lewo, dymek, a Klepacki po Red Bulla! Razem z Robertem sobie wstrzykiwali te chemikalia, a im dalej się posuwaliśmy , tym większego stracha dostawałem, że nam szofera nagły szlag trafi i będzie kaplica a nie kurka wodna wędkowanie! Nic podobnego jednak się nie stało i około godziny piątej nad ranem dotarliśmy na podwórko pod domem Kolegi Pawła.

Już z ulicy dostrzegłem światło palące się w pokoju na parterze. Oho - pomyślałem, tu już temperatura wyczekiwania sięga zenitu! Jakże bym się mógł mylić? Już tam się drzwi otworzyły i na chodniczku ukazał się nasz Kolega Paweł. No Panowie! Uśmiechnięty chłopak witał się z nami jakby był starym kompanem. Od razu przypadł mi do gustu. No i tu kolejna niespodzianka, bo jak przystało na rasową gospodynię, przywitała nas także mama Pawła, która przypadła mi do gustu tak samo. Uśmiechnięta i serdeczna kobieta nie chciała nawet słyszeć o tym, że nie napijemy się porannej kawy. No więc się napiliśmy. Wyjątkowa osoba z tej Pani… wszelkie znaki na ziemi i niebie świadczyły, że mógł bym się z nią skumplować na dobre. No masz!

Oczywiście to nie koniec niespodzianek, bo pijąc kawkę zauważyłem, że w holu przemknęła jakaś panienka. Siostra pewnie - pomyślałem. A tu Paweł przedstawia nagle tę osobę jako swoją RYBKĘ! Tak więc wszystko stało się jasne. Dorota okazała się być też bardzo miłą osobą. Cieszę się, że Paweł znalazł taką dziewczynę i obojgu życzę samych dobrych i radosnych dni. Spakowaliśmy sprzęt, pomachaliśmy na do widzenia i ruszyliśmy odkrywać tajemnicze łowisko, które spokojnie wybrał dla nas Kolega Spokojny.

Gdzieś po drodze czekał na poboczu samochód Grzesia. Mrugnął migaczem i poprowadził nas wijącą się drogą nad jezioro Lgińsko. Już po kilku minutach zajechaliśmy na parking ośrodka MOSIR. Tu dokonała się prezentacja. To znaczy głównie ja się prezentowałem, bo w tym towarzystwie tylko ja byłem „nowym”. Zanim wysiadłem z busa, Artur rzekł do mnie:
- Mirek kapelusz załóż! Patrz jak ten Grześ ładnie w kapeluszu wygląda…. No zakładaj.
No i znowu było trochę śmiechu, bo Spokojny Spinesowi miał kapelusz załatwić, ale nie załatwił, co zostało podsumowane ogólnym -OHHHHH! Ale już spacerując po plaży nad jeziorem Grześ pozwolił Spinesowi założyć swój kapelusz na próbę, bo Jacek nie wiadomo czemu utyskiwał publicznie że głupio w kapelutku wygląda. No i choć kapelusz Grzesiowy nie był kapeluszem karpiowym, Jacek zdecydował się nawet na pamiątkową fotkę. A ja i tak wiem, że chciał sprawdzić jak w tym czymś będzie się prezentował, bo sam się przecież widzieć nie mógł. Doszliśmy do wniosku, że z tej strony jeziora karpie nie biorą, a na pytanie Jacka gdzie biorą, wszyscy zakrzyknęli chórem :
- Tu biorą leszcze, a karpie biorą tam!!! I wskazali jednocześnie na drugi koniec jeziora, co oczywiście uwieczniłem na focie.

Nie muszę chyba zaznaczać, że rechot się poniósł po wodzie. Biedny Jacek - tak mu dopiekaliśmy przez całą drogę! Ale gość ma klasę i tylko rechotał razem z nami zamiast się obrazić. To właśnie najbardziej spodobało mi się w naszym dyżurnym karpiarzu, że ma do siebie i tego co robi ogromny dystans, a jego serdeczność jest zniewalająca. Oby wszyscy oni tacy byli!
Oczywiście od razu zauważyłem, że butelki po piwie i inne badziewia pływające w wodzie to nie tylko domena Śląska. Piękna plaża, czysta woda, a w wodzie flaszki po Lechu! Cholera jasna bydło jest wszędzie!

O mały włos zapomniał bym wspomnieć o tym, że od razu jak wysiadłem z busa Kolega Spokojny poczęstował mnie browarkiem który to kilka dni wcześniej dostarczył do niego Kolega Piotr 100574 (Piotrek Zaworski). Nie powiem, choć niemieckie browary są raczej liche w treści to jednak specyficznie mi ten trunek przypadł do gustu. Wiedział Piotrek czego mi będzie trzeba jak przyjadę na miejsce.

Po krótkim rekonesansie pojechaliśmy na drugą stronę jeziora, gdzie wśród sosnowego lasu przycupnął ośrodek harcerski. Tam Artur wynajął domek campingowy zawierający trzy łóżka piętrowe, czyli sześć miejsc do spania. Rozładowaliśmy sprzęt i poszliśmy szukać miejsca pod wspólne wędkowanie. Niestety, łowisko okazało się bardzo niedostępne. Owszem, pełno tam pojedynczych stanowisk i pomostów wśród trzcinowisk, ale nie znaleźliśmy ani kawałka lądu na którym można by było wędkować wspólnie taką liczną grupą. Przyznam, że trochę żal mi się zrobiło naszego Pawełka, bo oto wózek okazał się dość kłopotliwym urządzeniem w tak trudnym terenie. Przez moment pomyślałem, że Grzesiowi chyba na łeb padło, bo to miejsce się nie nadaje do naszych celów. Mówię uczciwie co czułem, ale zaraz mi to minęło, bo wiem jakie kłopoty miał w ostatnim czasie nasz „Spokojny” Kolega. Nie miał chłopak czasu żeby wszystko sprawdzić i choć chciał dobrze, żeby był domek, jakaś baza i zaplecze, to nie przewidział że tak trudny dostęp będzie do wody. Tak roztrwoniliśmy czas aż do godziny chyba dziewiątej. Dla nas pryszcz, ale pomosty w stanie ruiny nie nadawały się dla Pawła. Postanowiliśmy więc zająć miejsca na pomoście spacerowym. I to był nasz kolejny błąd. Linki zabezpieczające powodowały że nijak nie dało się zaciąć ryby, a brała tylko ukleja.

Już po godzinie na pomost zaczęły napływać chmary dzieciaków, czyli larum, plusk i pisk. Biednego Pawła non stop ktoś obchodził, przekraczał, omijał, potrącał…. Słowem kaszanka. Obserwowałem poczynania naszego Kolegi i z satysfakcją stwierdziłem, że to człowiek pozbawiony nerwów. Zajmował się swoją wędką, śmiał się, machał do nas, trajkotał z Dorotą (swoją rybką) i ogólnie miał radość z samego faktu że jest z nami tu i teraz. Muszę przyznać, że ma gość w sobie coś niebywałego. Jego radość i spokój powaliły mnie na amen , a my ślę, że i reszta towarzystwa zauważyła w nim tę pozytywną energię.

Powiem szczerze, że około południa miałem już wszystkiego dość. Intensywne targanie sprzętu z miejsca na miejsce, podróż, upał dały mi nieźle w kość. Już prawie nie mogłem wytrzymać z bólu. Noga dokuczała mi coraz bardziej. Ostatnimi czasy mało sypiam i zaczęło mnie poważnie ścinać z nóg. Chyba tylko to piwo które zasponsorował Piotr utrzymywało mnie przy życiu. Jestem ze Śląska i tak jakoś dziwny sentyment mam do wszystkiego na czym napisano „piwo”. Na tym pomoście spacerowym spędziliśmy większość dnia. To znaczy nie wszyscy spędzili, bo mnie krew zalała, zmęczenie mnie pokonało, więc spakowałem majdan i podreptałem kulejąc do domku. Tam rozłożyłem linowo-karasiowy fotel, dokręciłem panel podnóżka i na tym łóżeczku uwaliłem swe zwłoki. Od razu mi się klapki zamknęły i odleciałem w objęcia Morfeusza. Nie wiem nawet ile ciąłem tego komara, ale jak się obudziłem, to spostrzegłem, że nam się ekipa powiększyła. Oto zostałem przedstawiony szanownej małżonce Kolegi Grzesia. Kobieta z jajami rzekł bym kolokwialnie, ale że nie wypada, to powiem tylko, że nie dała Grzesiowi wiele czekać i od razu podjęła jedną z Grzesiowych wędek.

Następną rzeczą o której usłyszałem było to, że Pani „Spokojna” pokonała nas wszystkich zrywając jednego krokodyla, a po chwili jechała z drugim. Moja małżonka też mnie nieraz szkoli na łowisku. Niestety krokodyl dał dyla w zaczepy i było pozamiatane. Biedny Grześ tak zasuwał pomóc zonie w holu, że Spinesowi połamał karpiową podpórkę… czy coś… Oczywiście Jacek jest ponad takie drobnostki więc skończyło się na śmiechu. O ile dobrze pamiętam, to właśnie w tym czasie zająłem się grillem przy domku. Spokojny nawiózł kiełbasy, ja też tam kilka kawałków miałem, więc jak to zwykle bywa kiedy w pobliżu znajduje się grill, nikt inny przy nim stać nie mógł, musiałem to być ja. Pojawił się Paweł z Dorotą. Coś tam jednak złowili i mnie właśnie przypadło upichcenie tej zdobyczy. Robię taką swoją przyprawę do ryb. Miałem trochę w słoiku, więc udusiłem leszczyki z jej użyciem. Paweł stwierdził że bomba. Ja tam nie wiem, ale widać chłopakowi smakowało.

Tym lepiej dla mnie, bo mi serce urosło od tych pochwał i nabrałem więcej energii do działania. Siedząc tak przy stole i popijając… a jakże… piwko Piotrowe, już miałem Artura spytać kiedy sponsor złocistego napoju się zjawi, kiedy telefon Arturowy odezwał się i oznajmił, że oto zbliża się nasz Kolega Piotr wracający z wygnania. No to już byliśmy w komplecie. Juhhhhuuuuu, ale mi się ten Pietrek spodobał! Ma synek coś takiego…. już wiem… buzia mu się nie zamyka. Gada i gada, śmieje się, żartuje, brzęczy jak osa i jest fajny koleś! Jakoś tak chyba zagrało między nami po wędkarsku rzecz oczywiście ujmując, by nie było jakichś złośliwych uwag. Gadaliśmy o wielu sprawach, ale najbardziej mnie rozbawił fakt, że Piotrek w celu spotkania z nami zrezygnował z jakiegoś rodzinnego wesela. O - to się nazywa postawa koleżeńska!

Zapomniałbym nadmienić że synowie Artura i Grzesia cały dzień razem buszowali po ośrodku. Skumplowali się elegancko. No i jeszcze była córa Grzesia chyba ze swoją kuzynką jak się nie mylę. No te dwie pannice robiły trochę zamieszania, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Grzesiowa córeczka ma taki temperament, że się jej nie da opanować. Jak bąk! Non stop jej wszędzie pełno. Uśmiałem się jej, aż mnie brzuch rozbolał.

Wieczorem Grzegorz pojechał z rodzinką do domu. Złośliwi twierdzą, że dobrze nasz Kolega wiedział iż w tym jeziorze nie ma ryb i albo pojechał powędkować na inny zbiornik, albo po prostu poległ w domowych pieleszach wiedząc, że brań nie będzie nawet jak sobie żyły potniemy. Ale ja tej hipotezie wiary nie daję, bo Grześ Spokojny to doskonały kompan i wesoły druh.
Ważne, że około trzeciej rano Spokojny znów spokojnie wędkował wśród nas. To znaczy opodal nas, bo ja sobie znalazłem taką dość ciekawą dziurę z pomostem. Kiedy się w tym swoim grajdole zainstalowałem, pojawił się Piotrek i zajął miejsce obok mnie. Niestety jego pomost był pływający, więc całą noc się Kolo kołysał. Ale honorowo nie chciał mi na moim stałym pomoście robić tłoku. E tam… no przecież bym się miejscem podzielił, ale on uparcie że nie. Jak nie - to nie. Został na tym swoim „bujaku”.

Opowiadał mi jak to jest w Niemczech z tym wędkowaniem, pokazywał jakieś karty, pozwolenia. Dowiedziałem się ile ta przyjemność w Niemczech kosztuje, co tam się łowi etc. Grunt, że pomimo kompletnego bezrybia pogadaliśmy do bólu. Pogadaliśmy, ale do czasu kiedy mi się znowu klapki pozamykały. Oczywiście piwo Piotrowe towarzyszyło mi na okrągło. Towarzystwo raczej wstrzemięźliwe było, więc główny ciężar opróżniania butelek spoczywał na mnie. Wywiązałem się jak mogłem najlepiej. Ja to już tak mam, że różnych rzeczy w życiu odmawiałem, ale browara nigdy. Browar przyjmuję zawsze z radością! Takie genetyczne skrzywienie - hehe.

A nasz Pawełek miał przerąbane. Na pomost spacerowy przydreptała grupka młodzieży. Tak tam balowali, wrzeszczeli, popijali, że Paweł po kilku godzinach musiał mieć dość wszystkiego. Przytargali jakieś laski, darli się w niebogłosy. Paweł nie wytrzymał i udał się do domku na spoczynek. Żal mi się go zrobiło, bo nie powędkował sobie, a tak się cieszył na nocną zasiadkę! Cóż zrobić, musielibyśmy smarków pogonić, a nie chcieliśmy robić dymu.

Kiedy nastał ranek, nie było już co myśleć o wędkowaniu. Nieuchronnie zbliżał się czas powrotu. Jakoś tam popakowaliśmy nasze zabawki, poznosiliśmy pod centralne drzewo. Podjechał bus firmowy „Arturobus” bo tak go sobie nazwałem, wrzuciliśmy doń graty i podjechaliśmy pod domek. Tam jeszcze dość długo siedzieliśmy gadając o wspomnianej już wcześniej pewnej części ciała pewnej Maryni i popisywaliśmy się opowiadaniem dowcipów. Wszystkie były dobre, ale Jacek (Spines) dowalił takiego „żarta” że się o mało nie zlałem w gacie.


Godzina trzecia w nocy. Zdenerwowana żona przy przygaszonym świetle miota się po domu i pomstuje:
-Ja temu łobuzowi łeb urwę jak wróci! Ja mu pokażę ! Znowu wódę chleje z kolesiami spod ciemnej gwiazdy! O ja go przywitam drania! W tym momencie do drzwi łomocze powracający mąż. Staje w progu ze zmrużonymi oczkami, chwieję się na nogach i mamrocze coś pod nosem - słowem zalany w trupa!
Żona do niego:
- Ty draniu, jak ty wyglądasz?! Co sobie cholera wyobrażasz?! O której się do domu wraca ty szowinisto!!!!
A mąż wykonując posuwisty ruch ręką mówi:
- Wraca… wraca… odsuń się kobieto! Po gitarę przyszedłem!


Oczywiście trzeba to słyszeć w wykonaniu Jacka, z tą jego Częstochowską manierą w głosie. Normalnie można w pory popuścić! Pożegnaniom nie było końca. Wszystko już było spakowane, domek został zdany, pozostało tylko wracać do domu. Szkoda! Żal było odjeżdżać. Koniec końców jednak musieliśmy się rozstać. Padło kilka deklaracji zorganizowania kolejnych spotkań, więc jakoś lżej było się pożegnać. W końcu pojechaliśmy. Jeszcze tylko odstawiliśmy Pawła i Dorotę do domu. A tam już czekała na nas mama Pawła. No i jak przystało na porządną gospodynię, znów nie chciała nawet słyszeć o takim byle jakim pożegnaniu. Trzeba było zjeść rosół i kurczaka. No przyznam szczerze, że kuchnia tej Pani bardzo mi się spodobała. Smaczek był! A jak!

Wtrząchnęliśmy wszystko po ostatni kęs. Potem jeszcze kawa i znów to czego nie lubię wręcz alergicznie, czyli kolejne pożegnania. Wreszcie po wielu zapewnieniach że to nie ostatni raz jak się spotykamy, pojechaliśmy w kierunku Częstochowy. Podróż znów upływała nam na gadce o tylnej części Maryni. Śmialiśmy się i wspominaliśmy niedawno przeżyte chwile. Odstawiliśmy Spinesa, oczywiście pożegnaniom znów nie było końca. Jednak czas jest nieubłagany więc czy człek chce, czy nie, trzeba wracać. Tak też zrobiliśmy. Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się na popas w jakimś zajeździe, a potem to już do mnie pod garaż, wyładować fanty. Pożegnanie ostatnie tego dnia. Klepa jak brat, na miśka, Robert jak stary, dobry kumpel. Pani Róża jak stara, dobra znajoma, Karol jak dzieciak sąsiadów… i do domu. Potem jeszcze zdać relację żonie i…. Koniec imprezy. Spałem jak dziecko po następny dzień.

Myślę, że takie spotkania są potrzebne. Jesteśmy jedną ,wielką rodziną, tylko los rozrzucił nas po całym świecie. Trzeba się spotykać co jakiś czas, by wywiązała się więź. Każdy z nas jest inny, każdy wie o innych rzeczach , każdy ma to coś, czym może się podzielić z Kolegami. Osobiście zapamiętam ten wyjazd do końca świata i o jeden dzień dłużej, bo dzięki niemu poznałem ludzi tak barwnych i ciekawych, że aż chce się wracać w to samo miejsce choćby od zaraz. Nie jest ważne, czy ryba współpracuje, czy jest pogoda ważne, że jest kompania wesołych ludzi z którymi tak wspaniale spędza się czas. Bóg mi świadkiem, że w mojej pamięci obrazy z naszego spotkania pozostaną już na zawsze, a ludzie których poznałem to wisienka na ogromnym torcie z bitej śmietany, po którą chce się sięgnąć zawsze, pomimo że wokół jest cały ogrom smakołyków.
Pozdrawiam wszystkich Uczestników Spotkania na Pojezierzu Leszczyńskim.
Jesteście wspaniałymi Kolegami. Niech moc będzie z Wami!
GHOSTMIR.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama