Dziś obudziłem się z nieznośną myślą. Od dwóch sezonów jeszcze nic nie złowiłeś Michaś. Taaak. To była przykra myśl, szczególnie gdy obudziła mnie o 4 rano. Zacząłem zastanawiać się dlaczego tak się stało, dlaczego przez dwa lata zabawy z karpiami żadnego nie złowiłem, tylko dokarmiłem parę miśków. Kolejna myśl jaka mnie naszła to paragony i faktury, które leżą schowane u mnie w biurku. Tyle pieniędzy, tyle ciężko zapracowanych pieniędzy wydałem na swoje hobby z którego nic nie wyszło. Nie! A gdyby Jacque Cousteau tak myślał? Ile wydałem na nowy batyskaf i nic nie odkryłem … jadę do domu pożalić się nad sobą?!
Szybko odgoniłem te ciemne chmury znad głowy. Wstaję, idę do kuchni zrobić sobie herbatę. Wyciągam kubek karpiowy (tam herbata smakuje inaczej) i parzę sobie napój. Z parującym kubkiem idę do drugiego pokoju. Siadam na łóżku i spoglądam po swoich gratach. Wzrok przenoszę z wędek na torbę, z torby na resztki kulek proteinowych walających się w porozwalanych workach.
Widok ten nie napawał mnie optymizmem. Rzut oka na wspomniane wcześniej paragony uświadomił mnie w jednym. To nie hobby. To pasja, może już choroba lub obłęd? Bo jaki normalny dzieciak (22 lata) wydawał by koło 6 tys. zł na ryby? Przecież to majątek. Lecz wiem dlaczego tak się dzieje. Praca pochłania 99% mojego wolnego czasu, a jak już jadę na ryby to chcę sobie zrekompensować braki wolnego czasu.
W połowie kubka doszedłem do kilku nowych wniosków. Pierwszy jest oczywisty – sprzęt nie czyni wędkarza, lub może inaczej … za dużo wydałem na siebie a za mało „na karpie”. Przecież namiot, łóżko, śpiwór, rodpod i inne tego typu głupoty nie łowią karpi. Do każdego z tych sprzętów mogłem się usprawiedliwić na tysiące sposobów, jednakże to nie prawiło, że na moim koncie pojawiła się fotka misia w moich objęciach. Co jednak mam robić? Sprzedać ten cały majdan i wrócić do muchówki, zacząć łowić karpie bez tego wszystkiego. Otrząsnąłem się trochę z tych myśli. Bowiem nic nie koji tak jak planowanie nowej wyprawy karpiowej.
Komentarze