Reklama

Kulki proteinowe - dziecinnie proste

19/05/2010 19:17
Historia ta miała miejsce kilka może kilkanaście lat temu. Byłem jeszcze młodym chłopcem.
Pewnego dnia razem z kolegą usłyszeliśmy o nowej, rewolucyjnej superprzynęcie na ryby karpiowate a zwłaszcza na karpia. Od tego dnia myśleliśmy, mówiliśmy i śniliśmy o...
Kulkach proteinowych.

Ruszyliśmy w świat w poszukiwaniu upragnionej przynęty. Chodziliśmy, szukaliśmy, pytaliśmy. Niestety na nic zdały się nasze wysiłki. W żadnym okolicznym sklepie nie można było dostać tego rarytasu. Dlatego postanowiliśmy sami zrobić nasze kulki. Zakupiliśmy parę kilogramów zanęty "karaś lin" do tego trochę mąki, olejek waniliowy. No i skoro to miały być kulki proteinowe, to jak proteiny to znaczy białko, jak białko to oczywiście białko z jaj. Rozłożyliśmy wszelkie naczynia potrzebne do masowej produkcji kulek. No i się zaczęło.

Wszystkie składniki trafiły do dwóch misek. Każdy dobierał ich ilość według własnego uznania. Po kilku minutach urabiania ciasta powstało kilkanaście sztuk kulek różnej wielkości. Średnica od 5 do 10 milimetrów. Wcześniej nastawiliśmy garnek z wodą nad ogniem. Kiedy woda zaczęła się gotować wrzuciliśmy do niej kulki. Po zagotowaniu okazało się, że ich powierzchnia pokryta jest lepką mazia. A tak przecież nie może być. Kulki się sklejały i brudziły ręce. Zaczęliśmy kombinować ze składnikami, w dalszej kolejności z długością gotowania. Niestety efekt ciągle podobny. Wtedy, któryś to z nas wpadł na iście genialny plan. Trzeba je podsmażyć! Szybko dorwaliśmy patelnię i kontynuowaliśmy obróbkę termiczną naszej megaprzynęty. Oczywiście co chwila testując kulki nadziewając na haka.Po kilku godzinach z dumą i radością spoglądaliśmy na dziesiątki idealnych naszym zdaniem kulek proteinowych. Teraz trzeba tylko wytrzymać do rana.

Rankiem co do sekundy spotkaliśmy się w umówionym miejscu. Ranek był piękny, wprost idealny. Ciepło, lekko mgliście a do tego zaczynało przygrzewać słońce. Wzięliśmy nasz sprzęt i tajną broń myśliwska i powędrowaliśmy na tzw "doły" Trzy okrągłe oczka wodne o niewielkiej powierzchni ale imponującej głębokości. Bo nawet niektórzy twierdzą, że 11 metrów. Puszczone były tam wcześniej małe karpie. Ale naszym celem oczywiście były te największe. Weszliśmy na stanowisko i zarzuciliśmy wędki. Po chwili spławiki zaczęły tańczyć. Tylko Ci co sami produkują swoje przynęty mogą sobie zdawać sprawę jacy dumni w tej chwili byliśmy z siebie. Oczy nam się świecił, uśmiech nie schodził z twarzy. Zacinaliśmy i wyciągaliśmy karpia za karpiem a wszystko "sztuki" nawet do 25 cm.

Nasza wielka radość nie trwała jednak długo. Nie wiadomo skąd na drugim brzegu pojawił się mężczyzna i ciskając w naszym kierunku przekleństwami i groźbami rozbujał swoje gumofilce. My w popłochu zostawiając nasz wędkarski spełniający się sen musieliśmy po sadach i kartoflach uciekać do domu. Gość jako, że mieszkał najbliżej dołów uznał się za ich właściciela i nie potrafił odmówić sobie przegonienia małych chłopców. Najedliśmy się strachu ale zapału w nas nie ubyło. Idziemy nad stawy. Na stawach już tak pięknie nie było bo dzień w pełni a brania słabsze. Ale nasze kulki nas nie zawiodły i złowiliśmy kilka linków i karasków srebrzystych.
To był dzień.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama