„Musisz wyjąć pestkę, włożyć hak do środka i w taki sposób zamknąć rozpołowioną czereśnię, aby tylko grot wystawał poza obręb owocu” – to słowa mojego przyjaciela Grzegorza, który 13 lat temu wtajemniczał mnie w sekrety połowu kleni. Z tą nowo zdobytą wiedzą, postanowiłem jak najszybciej udać się nad pobliską rzeczkę. Postąpiłem wedle instrukcji i już po chwili spławikowy zestaw wylądował w wodzie. O dziwo, ku mojemu zaskoczeniu, czereśnia bez pestki, pociągnęła dość wyporny spławik głęboko w głąb wody. Podciągnąłem zestaw ku powierzchni i moim oczom ukazał się ogromnych rozmiarów kleń. Ryba trzymała w pysku przynętę i gdy tylko mnie spostrzegła, natychmiast czmychnęła do swojej kryjówki.
Wiedziałem już wtedy, że w ten sposób będę jeszcze wielokrotnie próbował przechytrzyć te płochliwe ryby. Ale jak to zwykle bywa, tylko początek był taki optymistyczny. Owszem, łowiłem ryby, ale kosztowało mnie to dużo czasu i najczęściej nie przekraczały 30 cm.
Pewnego dnia, gdy zawiodły mnie wszystkie większe zakola Pielgrzymówki, postanowiłem przeszukać rzekę, na całym jej odcinku, nie pomijając ani jednego miejsca. Liczyłem, że klenie mogą czaić się w najmniej spodziewanym miejscu. Następnego ranka, z woreczkiem czereśni wybrałem się nad wodę. Prosty zestaw, na 20-to centymetrowym gruncie, wykładałem na wodzie i pozwalałem mu spokojnie spływać z prądem wody. Jeśli gdzieś czaił się żerujący kleń, na pewno nie przepuściłby tak zaserwowanej przynęcie.
Tym sposobem przeczesałem kilometrowy odcinek rzeki. Ku swojemu zdumieniu, nie zaliczyłem żadnego kontaktu z rybą. W pewnym momencie doszedłem do miejsca, które na pierwszy, a nawet drugi i trzeci rzut oka, za nic w świecie nie wydawało się atrakcyjne. Długa prostka, bez żadnych drzew, korzeni, progów. Zwykły, półtorametrowej szerokości kanał. Na dodatek na przeciwległym brzegu, znajdowały się gnijące odpady miejscowych rolników. Śmierdziało niemiłosiernie. Nie za bardzo miałem ochotę marnować tutaj czereśnie, ale skoro postawiłem sobie pewien cel, musiałem go w pełni zrealizować.
Pierwszy zarzut i po chwili spławik znika z pola widzenia. Zacięcie i pierwszy kleń ląduje na brzegu. Chwilę później ta sama sytuacja. I jeszcze jeden kleń… Będąc tam przez dwie godziny, złowiłem 7 kleni, i zaliczyłem drugie tyle spadów. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie były to jakieś kolosy, największy miał ze 40 cm, ale ich ilość była zatrważająca.
Nazajutrz opowiedziałem o tym miejscu Grzegorzowi. Już gdy mu tłumaczyłem umiejscowienie mojego kleniowego eldorado, nie chciał uwierzyć, że akurat w tym miejscu pływa cokolwiek poza szczurami. Aby go przekonać, wieczorem wybraliśmy się tam wspólnie. Taktyka była prosta. Miejscówka mierzyła około 20 metrów długości – na całym tym odcinku zdarzały się brania. Postanowiłem, więc określić umownie trzy stanowiska, z których na zmianę mieliśmy łowić. Jeśli któryś z nas miał rybę na haku, przechodził na trzecie zawsze wolne miejsce. Tym sposobem, ryby były mniej płoszone, a my systematycznie wymienialiśmy się stanowiskami. Ponieważ niemal wszystkie klenie wracały do wody, nie narzekaliśmy na malejącą ilość brań.
Gdy sezon wiśniowo-czereśniowy miał się ku końcowi, postanowiłem złowić jakieś ryby na kolację. Zaopatrzyłem się w przybór (reklamówkę) pozwalający przewieść ewentualną zdobycz rowerem i poszedłem tym razem „po ryby”. Wyjątkowo, nie założyłem spławika, tylko łowiłem na dryfującą czereśnię z jej naturalnym obciążeniem - pestką. Ewentualne branie miało być widoczne na grubej wiszącej swobodnie żyłce.
Rozsiadłem się wygodne, zarzuciłem zestaw i po chwili patrzę na żyłkę, która tańczy w dziwaczny sposób. Odruchowo zacinam i szybkim holem ląduję pięknego klenia. Ryba mierzy 49 cm. Następny zarzut i kolejna ryba – 44 cm. Trzeci raz zestaw ląduje w wodzie - branie, krótka szarpanina i wyjmuję klenia 47 cm. Pomimo tego, że ostatni kleń najbardziej mi się naraził (spłoszył wszystkie pozostałe), miał szczęście i może dziś jeszcze gdzieś sobie pływa. Pozostałe dwa udowodniły mi, że jeśli powiedzenie:„nie ma niesmacznych ryb, są tylko kiepscy kucharze” - jest prawdziwe, to u mnie w rodzinie kucharzenie jest na dość niskim poziomie.
Piękna to była miejscówka. Każdy wędkarz omijał ją z daleka, nie wiedząc, jaki drzemie w niej wędkarski potencjał. Długi czas zastanawiałem się w czym tkwiła tajemnica niesłychanej rybności tego miejsca. Odpowiedź nasunęła mi się samoistnie po kilku latach zdobywania wiedzy wędkarskiej. Z tych rozkładających się odpadów gospodarstwa agro, cała masa robactwa wpełzała do wody. Dla ryb była to prawdziwa stołówka. Co chwilę „z nieba” spadał im jakiś pyszny smakołyk. Pewnie w tej jadalni stołowały się jeszcze inne ryby, niestety przynęta, którą łowiliśmy była bardzo selektywna. Zatem do końca będzie to dla mnie zagadką.
Tak się złożyło, że w następne lato nie było mi dane tam łowić. Dwa lata później ekipa regulująca rzeki, idealnie wywiązała się ze swego zadania. Moja miejscówka została rozjechana koparkami a po kleniach zostały tylko wspomnienia. Pchają mi się na usta nieprzyzwoite słowa pod adresem tych panów, lecz z pewnych względów zachowam je dla siebie.
Ale kto wie, może jeszcze kiedyś znajdę takie kleniowe eldorado?
Komentarze