Reklama

Moja przygoda ze spinningowaniem

23/05/2012 21:46
Było to kilka lat temu, w dniu moich imienin-Marcina. Pojechałem ze spławikiem nad jezioro Wigry, godzinę później miał dojechać szwagier-Marek. A więc łowiłem na ten nieszczęsny spławik, wiatr się wzmagał, a ryby nie brały. Minęła godzina, szwagra dalej nie widać. Siedzę już troszkę podirytowany zwijałem, co chwilę zestaw i przerzucałem w inne miejsce. Minęła kolejna godzina, a mojego kompana nadal nie ma... Było to dosyć zaskakujące, ponieważ Marek wyciągnął dobre nawyki jeszcze z wojska i nie miał zwyczaju się spóźniać... W końcu nie wytrzymałem i postanowiłem zatelefonować:

-Marek gdzie ty do "jasnej Anielki" jesteś?

-Przepraszam Cię najmocniej, ale musiałem coś jeszcze załatwić... Już jadę!

Odłożyłem wędkę, zaszedłem do pobliskiego baru po "ambrozję". Przysiadłem sobie na pomoście z piwkiem, obok turysty łowiącego na spinning. Zastanawiałem się, co oni takiego widzą w tym młóceniu wody... Rzuca i zwija, rzuca i zwija... Strasznie musi to być monotonne... Tylko mi ryby płoszy...

-Aha! Tak, to przez niego ryby mi nie biorą, wszystko jasne!-pomyślałem.

Popijając piwko patrzyłem na owego "wędkarza" "spod łba". Rzucał, zwijał... rzucał i zwijał...
I co??? I nic, figa z makiem!!! Nagle patrzę, macha tym kijem jak oszalały. Pewnie zaczep, o to tu akurat nie trudno...-pomyślałem. Przyglądam się mu z złośliwy uśmieszkiem na twarzy. Nagle mina mi zrzedła... Stwierdziłem, że to jednak nie zaczep... Po kilku minutowej walce i mocnych odjazdach ryba wylądowała w podbieraku. Okazał to się być mierzący 80 cm szczupak.
Moje nastawienie do metody spinningowej zmieniło się o 180 stopni. Pomyślałem, że też tak chcę :)

Postanowiłem, że jeszcze dzisiaj wybiorę się do wędkarskiego rozejrzeć się, za jakimś kijkiem na początek. Nagle po prawie 3 godzinnym spóźnieniu przybył szwagier z bananem i pieśnią sto lat na ustach. Oprócz kolejnej dawki "Napojów Bogów" (tak, "Napoje Bogów" świadomie napisałem wielkimi literami), miał dla mnie prezent, którego się nie spodziewałem. Marek usprawiedliwiał swoje spóźnienie tym, że szukał po sklepach odpowiedniego kijka dla mnie. Ech... no, nie mogłem się złościć.
Kij który otrzymałem był "Robinson Tritium Pike" o dł. niecałych trzech metrów i cw w granicach 10-30g.
Cieszyłem się jak dziecko gdy dorwałem go w swoje ręce. Szwagier udostępnił mi kręciołek i pudełko z przynętami. Zaczęliśmy rzucać tak jak doradził nam "pan łowca szczupaka mierzącego 80 cm". Trzask! Trask! I czuję, że coś siedzi mi na kiju. Okazał to się być średniej długości okoń. Łowiłem jeszcze to zachodu słońca, ale nic nie udało mi się złapać. Wróciłem do domu nabuzowany emocjami i spragniony kolejnego dnia.

Tak rozpoczęła się moja przygoda ze spinningiem. Na tego kija rozpoczynałem każdy sezon. Jednak pewnego dnia wydarzyło się coś strasznego... Wypłynąłem z wnuczkiem na jezioro Hańcza. Maciek zmarzł, więc podałem mu wędkę, a sam sięgnąłem do torby po sweter...
Usłyszałem jęk wnuczka. Położył kij na burcie łódki, ona się lekko pochyliła i wędka znalazła się w wodzie. Wnuczek strasznie się przejął i zaczął mnie przepraszać. Tłumaczyłem, że nie ma czym się martwić, ale i tak przez długi czas żałował, że utopił wędkę dziadka.

Dodam tylko jeszcze na koniec, że na tę wędkę łapałem wszystko co się tylko da- Szczupaki w Wigrach, Sum na kanale Augustowskim i Pstrągi w Czarnej Hańczy.

Tu wrzucam link z zejścia na dno jeziora Hańcza, jak ktoś wypatrzy kijek niech da mi znak :)
http://www.youtube.com/watch?v=ixhiycRDkjU&feature=related

Pozdrawiam i życzę sukcesów :)


Mała poprawka, kij wyżej opisany to Robinson Diaflex :)

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama