Niecodzienna przygoda wędkarska

/ 1 komentarzy

Szósta rano. Słońce już wschodziło, było bezchmurne niebo. Wyszedłem przed domek położony nad uroczą rzeczką. Z pobliskich łąk dochodziło niezmordowane granie świerszczy. Zewsząd otoczyło mnie świeże, przesycone ozonem powietrze. Kilka dni od mojego przyjazdu upłynęło na nieudanych próbach złowienia czegoś wymiarowego, a ,,smarkacze' pchały się jak najęte. Wciąż jednak marzę o jakiejś większej przygodzie...
Do rzeczy tamtego ranka zabrałem malutką teleskopową wędeczkę i udałem się do rowu wpadającego do rzeki. Nazbierałem trochę larw, kłódeczek w pudełko i udałem się brzegiem próbując łowić w różnych miejscach. Nie przyniosło to żadnego efektu dlatego też postanowiłem wdrapać się na upatrzoną wcześniej wierzbę. Pod koroną drzewa było oczko metr na metr w którym chowały się jak przypuszczałem większe okazy. Do tego miejsca nie można było dotrzeć żadnymi innymi sposobami a nawet nie można było go dostrzec z brzegu. Siedząc na drzewie dostrzegałem w przejrzystej wodzie sporą ilość drobnicy która od czasu do czasu rozpryskiwała się na boki spłoszona jakimś drapieżnikiem. Spławik powędrował do wody z chruścikiem na haczyku 10. Pierwsza godzina przyniosła sporo ładnej płoci, lecz to co stało się później nie zapomnę do końca życia. Zestaw wędrował leniwie w wodzie i nagle co jest!!! Drobnica szaleje po powierzchni niczym przyciągana magnesem, kątem oka dostrzegam piękny odjazd spławika który wpływa pod zwisające gałęzie wierzby.
Zacinam, siedzi, kołowrotek gra piękną melodie przesuwam się stopniowo po gałęzi do przodu próbując utrzymać uciekającą torpedę. Nie wiem co mną kierowało ale się nie zatrzymywałem i brnąłem coraz to dalej. I nagle sru!!! Gałąź pęka poobijany wpadam do wody lecz cały czas czuję rybę która ucieka pod konar. A niech to licho porwie, kląłem w duchu. Był to ostatni kontakt z rybą którą tak w tak banalny sposób straciłem. Sądzę że na wędce miałem całkiem przyzwoitego jazia. Pozbierałem się po stracie ryby, zawiał lekki wiaterek i dopiero odczułem, że jestem przemoczony do ostatniej suchej nitki. Szybko zabrałem się do robienia fotek płotkom które po sesji wróciły do wody.
Wracając do domku natrafiłem na leżącego łabędzia na brzegu rzeki, myślałem że go szlak trafił. Trąciłem go lekko wędką i nic żadnych oznaków życia, ponowiłem próbę aż tu nagle szok! Łabędź zaczął syczeć więc powoli krok po kroku oddalałem się od niego, wystrzelił jak z procy na mnie ledwo co nadążyłem biec. Chyba dopiero po dwustu metrach ustąpił lecz ja biegłem dalej nie oglądając się za siebie. Przechodzący obok wędkarz zatrzymał mnie i pytał co się dzieje? Opowiadam mu historie z jaziem i łabędziem chuliganem i odradzałem mu iść w tamtym kierunku ponieważ zdenerwowany ptak mógł ponowić atak. Wędkarz nagle zaczął się śmiać i mówił że lepszej historyjki to jeszcze nie słyszał, lecz widząc że jestem taki mokry i przemęczony posłuchał mojej rady i udał się w przeciwnym kierunku.
Chociaż minęło już trochę czasu, ciągle myślą powracam do tej wierzby płaczącej i tego niesfornego łabędzia. Od tej pamiętnej przygody stosunek do wędkarstwa radykalnie się zmienił patrzę już innymi oczami na otaczającą nas przyrodę. Zastanawia mnie tylko jedna drobna rzecz czy jaź był rybą mojego życia???

 


3
Oceń
(35 głosów)

 

Niecodzienna przygoda wędkarska - opinie i komentarze

ambatczewambatczew
0
hehehe   dobre
(2011-12-20 21:13)

skomentuj ten artykuł