Pierwszomarcowa wyprawa na karpie

/ 13 komentarzy / 21 zdjęć


Przez całą zimę przygotowywałem się do nowego sezonu. Praktycznie każdego dnia myślałem o pierwszej w sezonie wyprawie spinningowej, ale bardziej o karpiowej. Przez zimę sprawdziłem jak miewają się moje przypony, czy nie są w żaden sposób uszkodzone. Tak jak co roku oczywiście musiał przyjść również czas na lepienie kulek. Zrobiłem kulki o zapachu cytryny i wanilii oraz pellet. Następnie dobrze je wysuszyłem i zapakowałem do papierowych pudełek. Miesiąc wcześniej niż zawsze, bo już w połowie stycznia opłaciłem kartę wędkarską. Zapłaciłem w sumie za wody górskie i nizinne niecałe 85 zł. Miałem nadzieję, że już na początku lutego uda mi się gdzieś pojechać, ale niestety to nie wypaliło. Ostatnim etapem zimowych przygotowań były zakupy wędkarskie. Przy większym zamówieniu taniej wychodzi kupować na Allegro, niż w sklepie stacjonarnym. Trzeba jednak wcześniej znaleźć sobie dobrego sprzedawcę, u którego opłaci się kupować. Poza Internetem kupiłem tylko kalosze i dużą torbę do transportu sprzętu na łowisko.

Na pierwszy wyjazd w tym roku czekałem od listopada. W zasadzie od początku lutego temperatura zaczęła nas rozpieszczać – nawet po kilka kresek powyżej zera. Ale na wyjazd na karpie postanowiłem poczekać do końca lutego. Niestety w ostatnią sobotę lutego pogodę pokrzyżował deszcz padający przez trzy dni – tylko z drobnymi przerwami. Ostatecznie wyprawa do skutku doszła 1 marca. Miałem do wyboru dwa łowiska: "U Waldka" i "Polankę" w Krośnie. Wybór padł na to pierwsze. Do Krosna jeszcze pojadę – przynajmniej taki mam pomysł na kolejną wyprawę. W piątek 28 lutego zacząłem przygotowania do wyprawy. Gdy udałem się na poszukiwanie robaków dostrzegła mnie sąsiadka, która spytała czy jadę na ryby. Odpowiedziałem, że tak. Jej syn też wędkuje. I po 30 minutach od tej rozmowy dostałem od niego SMS"a z prośbą, żebym zabrał go ze sobą. Zgodziłem się. Kolega nie wędkuje długo – dopiero się uczy, więc może coś podpatrzeć. Kto wie, może będzie dobrym kompanem na ryby? I dobrze się stało, że pozwoliłem mu jechać ze sobą...
W sobotę rano wszystko wpakowałem do samochodu, zrobiłem sobie "obiad na wynos" i w drogę. Na łowisko odwiozła nas moja mama. Po przyjeździe nad staw właściciela nie było w domu. A w piątek dzwoniłem do niego i jego żona powiedziała mi, że można śmiało przyjechać. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do pana Waldka. Okazało się, że właściciel poszedł na obchód stawu. W mgnieniu oka był już przy nas. Zapłaciłem, porozmawiałem i udaliśmy się na łowisko. Postanowiłem wybrać stanowisko jakie radził w swojej książce Przemysław Mroczek. Mam tu na myśli książkę pt. "Karp". Pisał tam, żeby na początku wiosny wybierać stanowisko osłonięte od chłodnego, przedwiosennego wiatru. Takie też wybrałem. Po przybyciu na stanowisko wytypowałem potencjalne miejsca żerowania karpia. Dobrze tej wody jeszcze nie znam, więc muszę ich wciąż szukać. Przygotowaliśmy swoje zestawy i zarzuciłem je do wody. Teraz przyszedł czas na ogarnięcie stanowiska. Porządek musi być! Pierwsza moja zasada podczas karpiowych zasiadek właśnie tak brzmi. Jak się szybko okazało mój młodszy kompan bardzo szybko ją załapał. Zestawy zarzuciłem w miejsca oznakowane na zdjęciu poniżej. Czerwona kreska z kropką przedstawiała miejsce zarzucenia lekkiego zestawu ze sprężyną zanętową (przypon 0,20mm, a żyłka -,25mm). Niebieski kolor to ciężki zestaw do łowienia karpi (ciężarek płaski, przelotowy 40 gram, żyłka główna 0,35mm i przypon 0,25mm z włosem). Zielony kolor to zestaw spławikowy (spławik 1,5g., żyłka główna 0,14mm i przypon 0,10mm). W lekkim gruncie użyłem jako przynęty kukurydzy, w ciężkim pop-up"a, a do zestawu spławikowego założyłem czerwonego robaczka.

Jeśli chodzi o nęcenie to obrałem następującą technikę. Do ciężkiego zestawu przed każdym zarzuceniem dowiązywałem za pomocą nici rozpuszczalnej kilka ziaren parzonej kukurydzy. Lekki grunt zasilała sprężyna zanętowa. W okolicach spławika nie nęciłem dużo. Mniej więcej raz na 1,5 godziny wrzucałem kulkę w wielkości mandarynki. Zanęta składała się w 1/3 ze sklepowej zanęty karpiowej. 1,5/3 zanęty to bułka tarta, a reszta to zmielone płatki kukurydziane i "proszek" z psiej karmy. Moim zdaniem nie powinniśmy teraz dużo wrzucać do wody. Obrałem też taktykę, żeby nie dodawać do zanęty dużych (grubych) ziaren.

Na pierwsze branie nie musiałem długo czekać. Po niespełna 40 minutach od zarzucenia lekkiego gruntu bombka zaczęła podnosić się, a następnie opadła. Podbiegłem do wędki, wyłączyłem wolny bieg i w skupieniu czekałem na ruch mojego przeciwnika. I po jakieś minucie oczekiwania bombka energicznie prawie że uderzyła w kij. Zaciąłem, ponieważ na mojej wklejance (bo nią dzisiaj również wędkowałem, a poza tym jej c.w 30 gram pozwala na taki lekki gruncik i dobrze się spisuje) zaczęła mocno uginać się szczytówka. Coś tam walczy. Kilka krótkich odjazdów. I karp jest przy brzegu. Zawołałem mojego kompana. Powiedziałem mu, żeby przyniósł i podał mi podbierak. Tak też zrobił. Karp po chwili zaczął wykładać się na powierzchni wody. Podebrałem go. I już ryba wylądowała na macie. Szybko odczepiam haczyk, polewam rybę wodą (zawsze mam obok maty w wiaderku wodę z łowiska) i robię sobie z nią zdjęcie. W prawdzie duża nie była, bo miała 45 cm, ale był to karp pełnołuski. I to dlatego postanowiłem pstryknąć sobie fotkę. To był mój drugi w życiu karp pełnołuski. Ryba po dwóch zdjęciach trafia do wody.

I znowu rzucam w to samo miejsce. Powiedziałem kompanowi, że następnego karpia on holuje. Po tych słowach jak na zawołanie bombka poszła w górę. I to na wędce, którą zarzuciłem dosłownie pięć minut temu! Zaciąłem i podałem koledze kij. Cały czas tłumaczyłem co i jak. I udało się! To jego pierwszy złowiony karp! Kompan miał jedynie jeden problem – nie potrafił utrzymać ryby do zdjęcia. Ale w tym również mu pomogłem...

Kolega już został zadowolony, był szczęśliwy – pierwszy raz go takiego widziałem. Zarzuciłem zestaw w to samo miejsce i zacząłem donęcać okolice spławika. Po skończeniu tej czynności na chwilę usiadłem na krzesełku. Odpoczywałem, gdy tu nagle bombka pod kij. I to znowu na lekkim gruncie! Podbiegam, ale za szybko zacinam. Zaciąłem, gdy karp puścił przynętę (bombka stała się nieruchoma). Mój błąd i strata ryby. Wyciągam zestaw i zakładam nową kukurydzę, wypełniam sprężynę i zarzucam. I znowu siadam na krześle. Teraz bardziej zacząłem skupiać się nad spławikiem, który nagle wyszedł do góry, trochę "potańczył" i energicznie zniknął pod wodą! Zaciąłem i poczułem duży opór. Kołowrotek zaczął pracować. W myślach miałem na wędce dużego karasia, który szaleje na cieniutkim zestawie. W myślach... ale w głowie.... wiedziałem, że to będzie karp. I tak też było. Po kilku minutach walki karp dał się naprowadzić nad podbierak. Nie było to wcale łatwe. Na przypnie o wytrzymałości 1 kg ryba szalała. No ale udało się! Jest to chyba największa ryba złowiona przeze mnie na tak cieniutki zestaw. Karp mierzył 38 cm. Po krótkiej reanimacji i oczywiście sesyjce zdjęciowej trafił do wody.

Po krótkim oczekiwaniu w pięknej, słonecznej pogodzie następuje kolejne branie. I oczywiście na lekkim gruncie. Pierwsze sekundy coś wyciągało żyłkę, ale szybko osłabło. Po krótkim czasie okazało się, ze to mały karpik. Szybko wziąłem go na matę i szybko wyhaczyłem. Już nawet odpuściłem mu mierzenie długości i pamiątkowe zdjęcie, aby jak najszybciej wrócił do wody.

A ciężki grunt cały czas "stał" nie ruchomo. Postanowiłem zmienić pop-up"a na kukurydzę. Założyłem na włos magiczną liczbę, która zawsze dawała dobre rezultaty na Bartoszowie. Do tego dowiązałem jeszcze kilka ziaren kukurydzy prażonej na nici rozpuszczalnej. I zestaw poleciał mniej więcej w to samo miejsce, w którym znajdował się wcześniej.

I znowu nie musiałem długo czekać. Po chwili na lekkim gruncie zaczęło się coś dziać. Zacinam. I tutaj zaczyna się nietypowy – jak dla mnie – hol. Ryba dziwnie ciągnie – zamiast jak najdalej ode mnie to do mnie. W pierwszym momencie pomyślałem, że to będzie amur. Ale po kilku minutach okazało się, że jest to piękny i waleczny karp. Podebrałem go i położyłem na macie. Wyciągnąłem już szczypce do wyciągania haczyka z pyszczka ryby, a tu nagle rozległo się piszczenie na ciężkim gruncie. Pierwsze branie na tej wędce! Zacinam. Tutaj ryba pierwsze ciągnie w stronę otwartej wody. Trochę luzuję hamulec. Po chwili zatrzymuję ją. Ryba jakby na złość płynie w moją stronę. Szybko kręcę kołowrotkiem, żeby bezzadziorowy hak nie wypadł jej z pyska. Przy brzegu zaczyna się przeciąganie żyłki. Raz ona, raz ja. I tak kilka razy, aż w końcu dała naprowadzić się nad podbierak. Karpie na macie zostały polane wodą. Okazało się, że ten z lekkiego gruntu miał 43 cm, a pierwsza ryba dzisiaj na ciężki grunt – 49 cm. Ta druga była ładna, nawet bardzo. Szybkie zdjęcie i ryby odpływają.

I w końcu nastał ten moment, kiedy brania ustały. Było to około godziny 12. Ale tak to jest. Nie zawsze biorą. Pogoda trochę zaczęła się zmieniać. Zaczął wiać wiatr i nadeszły chmury.
12:30 na zegarku i podnosi się sygnalizator. Ryba ładnie walczy. Jest dość silna, o czym bardzo dobrze daje znać. Przy brzegu pokazuje się po raz pierwszy. Jest to ładny karp. Wziąłem podbierak do ręki i przykucnąłem. Ale piękny! Taki piękny, że tu nagle jeden szybki ruch ogonem i na moich oczach karp odpływa z haczykiem w pysku. Zerwał się! Szkoda, bo był ładny. Ale przynajmniej ma bezzadziorowy w pysku to się uwolni – pomyślałem.

Na następne branie trzeba było poczekać około godziny. Nastąpiło ono na wędkę zarzuconą najdalej - tak zwaną przeze mnie w tym wpisie "ciężką gruntówkę". Na włosie założona była oczywiście kukurydza konserwowa. Pierwsze sekundy holu były niepozorne. Ryba dała podholować się około 20 - 30 metrów w moją stronę bez "pompowania". A potem rozpoczęła się walka. Ryba jakby przypomniała sobie o tym, że dysponuje silnym ogonem. Kilka razy ładnie "odjechała". Po chwili włożyłem do wody podbierak. Próbowałem naprowadzić nad jego siatkę karpia, ale waleczna ryba nie dawała za wygraną. Po kilku próbach ucieczki karp zrezygnował z przeciągania linki i wyłożył się na powierzchni wody co oczywiście wykorzystałem. Okazało się, że ryba ma 52 cm długości. Był to mój największy karp.

Nagle ku naszemu zaskoczeniu zrobiło się bardzo ciemno - jakby chciała zapadać noc. Zaczęło dość mocno padać. Nasze kije moczyły się na podpórkach, a resztę sprzętu schowaliśmy pod drzewa rosnące za nami. Jak na złość podczas deszczu okazało się, że zapomniałem wziąć ze sobą parasolki! Na szczęście miałem kaptur. Zawsze biorę dwa parasole - jeden dla siebie, a drugi dla mojego sprzętu. Po jakiś pięciu minutach od ustania deszczu nastąpiło branie na lekki grunt. Ryba nie stawiała dużego oporu. Okazał się nią karp o długości 38 cm.


Po chwili przyjechała po mnie mama z siostrą. Gdy zbliżyły się do naszego stanowiska zaczął kropić deszcz. Nie padał on jednak długo. Po jego ustaniu coś zaczęło się dziać na lekkim gruncie. Zaciąłem i przekazałem siostrze wędkę. O holowaniu już trochę wie, więc poradziła sobie z niedużym, około 40-cm karpiem.

Do końca wyprawy udało mi się już tylko złowić małego, niewymiarowego karpika, który był chyba najmniejszym złowionym
przeze mnie reprezentantem swojego gatunku.
W rybach, które udało mi się tego dnia złowić, zaniepokoiło mnie jedno - dziwne, prawie że przeźroczyste robaczki znajdujące się w okolicach skrzeli i płetw. Nie wiem, czy to jakaś choroba, czy może tak jest zawsze po zimie?

Wędkowałem od godziny 10 (może kilka minut po 10) do około 16:00. W tym czasie udało mi się złowić 8 karpi w wielkościach: 45, 38, 43, 49, 52, 38 cm oraz dwa niewymiarowe karpie, których nie mierzyłem.
Najwięcej brań nastąpiło na lekki grunt. Wędka zarzucona była na około 20 metrów przede mnie i na około 10 metrów od brzegu znajdującego się po mojej prawej ręce.
Ryby brały na kukurydzę. Jeden karp złowiony został metodą spławikową na czerwonego robaka. Na kulkę nie odnotowałem brań.
Pogoda podczas dnia była urozmaicona. Rano świeciło lekko słońce i wiał wiatr. W okolicach południa przestało wiać, a słońce bardziej dawało o sobie znać. Po godzinie 14 wiatr zaczął lekko wiać i nadeszły chmury, z których lekko popadało.


Pozdrawiam i dołączam filmik (nagrany telefonem, więc nie jest zbyt dobrej jakości) z momentu wypuszczania karpia, który jest dla mnie znakomitą pamiątką!
Kamil




 


4.8
Oceń
(23 głosów)

 

Pierwszomarcowa wyprawa na karpie - opinie i komentarze

użytkownik104372użytkownik104372
0
Gratuluję udanej wyprawy :) (2014-03-07 22:30)
pompipspompips
0
Miło połowić coś w nowym sezonie. Gratuluję rybek. Fajny wpis. 5 Pozdrawiam (2014-03-08 12:40)
Lin1992Lin1992
0
Świetny wpis. Gratuluję udanej wyprawy. (2014-03-08 13:47)
KkLukiKkLuki
0
Super Kamil , piąteczka ! (2014-03-08 17:07)
rafalski06rafalski06
0
Gratuluje Kamil bardzo udanej wyprawy, chociaż nie jestem miłośnikiem zasiadek karpiowych to czytało się naprawdę super.Lektura i zdjęcia oczywiście ***** i pozdrowienia. (2014-03-08 17:54)
użytkownik147181użytkownik147181
0
Pięknie ! (2014-03-08 18:59)
spizuspizu
0
No kolego czytałem z zazdrością bo jak na razie byłem 2 razy nad wodą i złapałem tylko okonka.Pozdrawiam (2014-03-08 20:53)
marciin 2424marciin 2424
0
Gratuluję Kamilu rozpoczęcia sezonu jak zauważyłem typowo karpiowego i z pięknymi wynikami ,bo osiem sztuk to raczej nie codzienność . Życzę ci równie udanych wypraw w nowym sezonie i oczywiście zostawiam*****. Pozdrowienia dla Ciebie i kompana wyprawy:) (2014-03-09 13:26)
IgenIgen
0
Gratuluję rybek :) Czy mogłbyś podać proporcje składników, z których robisz kulki? (2014-03-09 16:46)
kamil11269kamil11269
0
Za niedługo zamierzam dodać wpis, w którym właśnie napiszę wszystkie przepisy. Więc tak może do następnego czwartku, piątku się pojawi. Zobaczę jak będzie układał mi się czas, bo teraz mam trochę nauki do egzaminów na koniec gimnazjum. Ale w wolnym momencie usiądę i napiszę :) (2014-03-09 17:56)
użytkownik102837użytkownik102837
0
Ja za artykuł daje 5 :) (2014-03-10 07:56)
gerecgerec
0
ja też (2014-03-12 12:25)
marzaj17marzaj17
0
Gratulacje :D (2014-03-20 21:53)

skomentuj ten artykuł