Taktyka na dziś brzmiała: do godziny 7.30 szukamy sandaczy, a później okoni (Robert startuje jutro w Mistrzostwach Okręgu). Aby zwiększyć ilość informacji, wypłynęliśmy na oddzielnych łodziach. O godzinie 6.00 zakotwiczyłem na miejscówce, na której ostatnio padło kilka sandaczy, jednak kilkanaście rzutów nie przyniosło efektu (jeden niemiarowy sandaczyk 47 cm). Przepłynąłem ok 200 m na łowisko zwane potocznie "kreska", przy trzecim rzucie na wodę o głębokości ok 7 m plecionka dziwnie wcześnie "zastygła".
Przypuszczam, że ripper przebył ok. połowy drogi w toni. Sekunda konsternacji i zacięcie - zaczep, który po chwili ruszył. Po ok. minucie wiedziałem, że to sum. Łowiłem już duże szczupaki i sandacze, zachowywały się inaczej, mniej podobnie do łodzi podwodnej. Ponieważ miałem podstawy teoretyczne do holowania sumów, więc wiedziałem, że należy wyjąć kotwicę i go zmęczyć... Nie było łatwo, bo byłem sam na łodzi. Robert, łowiący nieopodal, przypłynął po pół godzinie moich zmagań i pomógł mi teoretycznie rozwiązać dalszy etap walki. Doradził abym spróbował go odholować na łagodniejsze (mniej zaczepów) dno w okolice tzw "16 - tki".
Ryba pływała przy samym dnie robiąc co jakiś czas 20 - 30 metrowe odjazdy. Sprzęt w miarę dobry na sandacze trochę trzeszczał przy spotkaniu z takim przeciwnikiem. Wędka Dragon 2,10 cm. cw 18-35 g, kręcioł SHIMANO GT 4500, plecionka 0,12 mm, przypon fluocarbon, przynęta ripper PROLOGIC SAVAGEAR 9 cm z niebieskim grzbietem. Przez cały czas holu miałem pełny kontakt z rybą. Dopiero po upływie 2 godzin pozwolił się oderwać od dna. Kilka pompek w górę i odjazd do dna i w bok. Ten manewr, powtarzany kilkanaście razy wykończył nie tylko rybę, ja też miałem dość. Robert cały czas pływał obok mnie i pocieszał oraz doradzał. Zacięcie nastąpiło o godzinie 7.07 a do wejścia do podbieraka dał się namówić o 10.00. UFFFFFF. Po przypłynięciu do pomostu dokładna miara wskazała 130 cm a kołowa waga elektroniczna do 15 kg ERROR (ryba była ważona w dużym pudle, które ważyło prawie kilogram). Kolega Sergij pojechał ze mną do sklepu, także za mała waga, dopiero pewien okazjonalnie zagadnięty mieszkaniec Poraja zważył nam suma u siebie w gospodarstwie - 16 kg razem z pudłem. Nie będę ściemniał, że należę do grupy NO KILL-owców. Sum po tak wyczerpującym holu nie miałby prawdopodobnie szans na przeżycie i został przeznaczony do spożycia.
Łowienie z Robertem dostarcza mi olbrzymich emocji, a adrenalina aż tryska, nie jestem tylko pewien czy moja pikawa to wytrzyma. Jak znam Robusia on ma jeszcze coś w zanadrzu !?!?
Komentarze