Reklama

Sandaczowa inicjacja z Robinsonem

02/06/2012 20:31
Witam historia ta działa się kilka lat temu gdy miałem 12lat.
Pewnego dnia wujek zaproponował mi żebym następnego dnia uszykował się i wypłynoł z nim z nim na spinning na jezioro.
W nocy nie mogłem już spać ponieważ byłem bardzo podniecony tym co miało wydarzyć się jutrzejszego dnia,ale mimo wszystko
udało mi się zasnąć.Wstałem rano ,umyłem się,uszykowałem się i sprawdziłem moje pudełko z przynętami które jednak nie stanowiły klasy światowej
Wziołem rower i niezdarnie pojechałem nad jezioro
Gdy przyjechałem nad jezioro okazało się,że pogoda jest wręcz cudowna-szczególnie sprzyjała połowom
sandaczy na których tle do dzisiaj mam hopla,ale jeszcze nigdy nie udało mi się wtedy go złowić
. Spotkalismy się z wujkiem na brzegu jeziora zapakowaliśmy sprzęt na łódź
i wypłyneliśmy. Po chwili dopłyneliśmy do pierwszej górki na której chcieliśmy obłowić się w okonie.
Wujek dał mi niezłą lekcję pokory i zwątpiłem w swoje umiejętnośći
-podczas gdy on już złowił sandacza i osiem okoni ja byłem o pustym kiju i wydawało się ,że
to raczej tak szybko się nie zmieni bo brania ustały.. Po chwili doszliśmy do wniosku ,że musimy zmienić miejscówke.
Kilkadziesiąt machnięć wiosłami i dopłynelismy do sandaczowej góry na której oprócz pięknych mętnookich mogliśmy złowić dużego szczupaka i pięknie ubarwionego
okonia. Więc rzucam pierwszy rzut i jeeest, serce zatrzepotało jak kanarek w klatce obleganej przez kota kilka obrotów korbką
i z głębin mojego jeziora ukazuje się piękny okoń ,ale mimo swoich rozmiarów(400gram) wyciągałem go z pewnym zawodem i smutkiem..
W głowie kręciłą mi się myśl o pierwszym sandaczu. Kolejne kilka rzutów i ani ja ani wujeka nic nie mogliśmy wyjąć..
Rzucam i z pierwszego opadu strzaał ,błyskawiczna reakcja ,zacięcie i czuję błogi ciężar na szczytówce-miałem nadzieję ,że
to bedzie sandacz, siłuję się z rybą i kilka metrów odemnie ukazał się kilogramowy szczupak,no cóż mówi się trudno
może przy następnym rzucie spełni sie moje marzenie i złowie mętnookiego morderce,ale moje dumania
przerwał jakiś dziwny dźwięk -coś się stało z kołowrotkiem i szczupak wyciągnoł kilka metrów rzyłki
i odpłynoł wraz z moją ulubioną gumą..Czar prysł aż się popłakałem.. Moje marzenia o sandaczu właśnie się skończyły..
Jednak wujek zlitował się nademną i dał mi swoją wędkę na której był piękny srebrny kołowrotek z przednim hamulcem marki Robinson
uśmiechnął się i powiedział ,że się nie zawiodę..W myślach powiedziałem sobie "zobaczymy" -na moim kołowrotku pewnej
znanej firmy sprzedawca w sklepie mówił ,że też się nie zawiodę.Ale przestałem się tym martwić -carpe diem trzeba wykorzystać
sytuację i złowić wreszcie mętnookiego morderce który gdzieś tam na mnie czekał;)
Seledynowy riperek z 12gramową główką powendrował w głębiny jeziorka kilka razy opada na dno i znowu go podnoszę
czuje wszysko-całe dno każdy kamień i nie tylko-bo poczułem uderzenie ,zacinam i ... Niestety spóźniłem się
o kilka setnych sekundy i ryba zdołał wymknąć się spod grota mojej główki.
Kolejne kilka rzutów i nadal nic... Słońce powoli kładzie się na tafli jeziora i zaraz będziemy musieli wracać..
Ale nie poddałem się;) Rzuciłem ,guma opada na dno podbijam a wraz z moim podbiciem poczułem ,że zaciołem rybe-czy to jest sandacz?
Wydaje mi się ,że tak bo ta ryba walczy zupełnie inaczej niż poprzednie. Kij wygina się w pałąk ,sprzęt się na prawdę sprawdza
szczególnie kołowrotek który nie pozostawił rybie ani milimetra luzu. Wujek trzyma już podbierak i daje mi instrukcje jak
mam prowadzić rybę ,ale ja nic nie słyszę.Jestem jak w amoku jestem tylko
JA i ryba która walczy ze mną dzielnie niczym doświadczony w boju wojownik.
Nie poddaje się i ciągę dalej w pewnym momęcie z głębiny wynuża się postać pięknego sandacza wujek podebrał mi go pobierakiem
i włąśnie w tym momęcie spełniło się moje marzenie-zaliczyłem sandacza;) Zmierzyliśmy go i zważyliśmy miał 63cm i 2,3kg.
Popatrzyłem się w jego oczy i po moim ciele przeszły ciarki -WRESZCIE CIĘ DOPADŁEM!;>
Sandacz zasłużył na powrót do "swoich" dostał buziaka i na pozegnanie ochlapał mnie ogonem i znikł w toni jeziora.
Byłem spełniony i to dzieki kołowrotkowi marki ROBINSON w którym się zakochałem-bo to dzięki niemu poznałem
co to znaczy złowić sandacza. Przybiliśmy do brzegu i mieliśmy wracać do domu w tym momęcie wujek chwycił mnie za ramie
i zapytał się czy chce się zamienić? Ja nie zrozumiałem o co chodzi ,ale wujek wyciągnał rękę z kołowrotkiem i wtedy w moich
oczach zapaliły się iskierki bo wujek za mój zniszczony złom dał mi cacuszko robinsona ;) -i w taki sposób stałem się
szcześliwym posiadaczem kołowrotka robinson marshal 210-który mimo upływu lat NIGDY mnie nie zawiódł i pomógł mi wycholować wiele ryb.


tekst został zgłoszony na konkurs robinsona na wedkuje.pl
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama