Witam historia ta działa się kilka lat temu gdy miałem 12lat. Pewnego dnia wujek zaproponował mi żebym następnego dnia uszykował się i wypłynoł z nim z nim na spinning na jezioro. W nocy nie mogłem już spać ponieważ byłem bardzo podniecony tym co miało wydarzyć się jutrzejszego dnia,ale mimo wszystko udało mi się zasnąć.Wstałem rano ,umyłem się,uszykowałem się i sprawdziłem moje pudełko z przynętami które jednak nie stanowiły klasy światowej Wziołem rower i niezdarnie pojechałem nad jezioro Gdy przyjechałem nad jezioro okazało się,że pogoda jest wręcz cudowna-szczególnie sprzyjała połowom sandaczy na których tle do dzisiaj mam hopla,ale jeszcze nigdy nie udało mi się wtedy go złowić . Spotkalismy się z wujkiem na brzegu jeziora zapakowaliśmy sprzęt na łódź i wypłyneliśmy. Po chwili dopłyneliśmy do pierwszej górki na której chcieliśmy obłowić się w okonie. Wujek dał mi niezłą lekcję pokory i zwątpiłem w swoje umiejętnośći -podczas gdy on już złowił sandacza i osiem okoni ja byłem o pustym kiju i wydawało się ,że to raczej tak szybko się nie zmieni bo brania ustały.. Po chwili doszliśmy do wniosku ,że musimy zmienić miejscówke. Kilkadziesiąt machnięć wiosłami i dopłynelismy do sandaczowej góry na której oprócz pięknych mętnookich mogliśmy złowić dużego szczupaka i pięknie ubarwionego okonia. Więc rzucam pierwszy rzut i jeeest, serce zatrzepotało jak kanarek w klatce obleganej przez kota kilka obrotów korbką i z głębin mojego jeziora ukazuje się piękny okoń ,ale mimo swoich rozmiarów(400gram) wyciągałem go z pewnym zawodem i smutkiem.. W głowie kręciłą mi się myśl o pierwszym sandaczu. Kolejne kilka rzutów i ani ja ani wujeka nic nie mogliśmy wyjąć.. Rzucam i z pierwszego opadu strzaał ,błyskawiczna reakcja ,zacięcie i czuję błogi ciężar na szczytówce-miałem nadzieję ,że to bedzie sandacz, siłuję się z rybą i kilka metrów odemnie ukazał się kilogramowy szczupak,no cóż mówi się trudno może przy następnym rzucie spełni sie moje marzenie i złowie mętnookiego morderce,ale moje dumania przerwał jakiś dziwny dźwięk -coś się stało z kołowrotkiem i szczupak wyciągnoł kilka metrów rzyłki i odpłynoł wraz z moją ulubioną gumą..Czar prysł aż się popłakałem.. Moje marzenia o sandaczu właśnie się skończyły.. Jednak wujek zlitował się nademną i dał mi swoją wędkę na której był piękny srebrny kołowrotek z przednim hamulcem marki Robinson uśmiechnął się i powiedział ,że się nie zawiodę..W myślach powiedziałem sobie "zobaczymy" -na moim kołowrotku pewnej znanej firmy sprzedawca w sklepie mówił ,że też się nie zawiodę.Ale przestałem się tym martwić -carpe diem trzeba wykorzystać sytuację i złowić wreszcie mętnookiego morderce który gdzieś tam na mnie czekał;) Seledynowy riperek z 12gramową główką powendrował w głębiny jeziorka kilka razy opada na dno i znowu go podnoszę czuje wszysko-całe dno każdy kamień i nie tylko-bo poczułem uderzenie ,zacinam i ... Niestety spóźniłem się o kilka setnych sekundy i ryba zdołał wymknąć się spod grota mojej główki. Kolejne kilka rzutów i nadal nic... Słońce powoli kładzie się na tafli jeziora i zaraz będziemy musieli wracać.. Ale nie poddałem się;) Rzuciłem ,guma opada na dno podbijam a wraz z moim podbiciem poczułem ,że zaciołem rybe-czy to jest sandacz? Wydaje mi się ,że tak bo ta ryba walczy zupełnie inaczej niż poprzednie. Kij wygina się w pałąk ,sprzęt się na prawdę sprawdza szczególnie kołowrotek który nie pozostawił rybie ani milimetra luzu. Wujek trzyma już podbierak i daje mi instrukcje jak mam prowadzić rybę ,ale ja nic nie słyszę.Jestem jak w amoku jestem tylko JA i ryba która walczy ze mną dzielnie niczym doświadczony w boju wojownik. Nie poddaje się i ciągę dalej w pewnym momęcie z głębiny wynuża się postać pięknego sandacza wujek podebrał mi go pobierakiem i włąśnie w tym momęcie spełniło się moje marzenie-zaliczyłem sandacza;) Zmierzyliśmy go i zważyliśmy miał 63cm i 2,3kg. Popatrzyłem się w jego oczy i po moim ciele przeszły ciarki -WRESZCIE CIĘ DOPADŁEM!;> Sandacz zasłużył na powrót do "swoich" dostał buziaka i na pozegnanie ochlapał mnie ogonem i znikł w toni jeziora. Byłem spełniony i to dzieki kołowrotkowi marki ROBINSON w którym się zakochałem-bo to dzięki niemu poznałem co to znaczy złowić sandacza. Przybiliśmy do brzegu i mieliśmy wracać do domu w tym momęcie wujek chwycił mnie za ramie i zapytał się czy chce się zamienić? Ja nie zrozumiałem o co chodzi ,ale wujek wyciągnał rękę z kołowrotkiem i wtedy w moich oczach zapaliły się iskierki bo wujek za mój zniszczony złom dał mi cacuszko robinsona ;) -i w taki sposób stałem się szcześliwym posiadaczem kołowrotka robinson marshal 210-który mimo upływu lat NIGDY mnie nie zawiódł i pomógł mi wycholować wiele ryb.
tekst został zgłoszony na konkurs robinsona na wedkuje.pl
Komentarze