Reklama

W objęciach nocy

14/02/2012 19:44
- Marcin, jedziesz na ryby na nockę?
- Nie, jutro rano do roboty.

- Paweł, jedziesz na ryby na nockę?
- Nie, jutro robię remont i rano ekipa przyjeżdża.

- Krzychu, jedziesz na ryby na nockę?
- Nie, jutro z żonką jadę na wesele, zabiłaby mnie.

To pięknie! Pomyślałem. Ja wyrywam się w piątek z roboty aby pójść na nockę z kumplami a oni nie mogą. Nie? To nie! Idę sam! Choć szczerze przyznam miałem również ukryty powód żeby któryś pojechał ze mną. Do łowiska kilkanaście kilometrów a mój samochód u mechanika. Na szczęście ojciec zaoferował mi, że mnie podrzuci. Szybkie przygotowania i siedzę w samochodzie. Podjechaliśmy najbliżej jak tylko możliwe do mojego łowiska. Czyli jakieś dwa kilometry od upatrzonej, przeze mnie, wcześniej wysepki na rzece, z której wychodziły dwie kamieniste główki. Teraz czekała mnie dwukilometrowa przeprawa bezdrożami z całym majdanem. W połowie drogi spotkałem znajomego, który szybko zauważył że wybieram się na suma. Ostrzegł mnie tylko, że przy wyspie grasują dziki i poszedłem dalej. To była ta łatwiejsza połowa drogi. Dochodziła 16. Ja darłem przez chaszcze jak amfibia. Z nieba lał się niemiłosierny żar i miałem wrażenie że przyklejają się go mnie wszelkiego rodzaju najobrzydliwsze robale jakie strącałem z roślin. Chciałem już zobaczyć wodę zanurzyć się w niej i zmyć to wszystko z siebie a zarazem troszkę się ochłodzić. Badyle nieco zmalały i usłyszałem szum przelewającej się przez przelew wody. Już blisko... Po chwili stałem już przy rzece na wysokości wyspy. Do pokonania już zostało tylko kilkanaście metrów przez wodę sięgającą do pasa i wierzbowe krzaki. Przeprawiłem się na wyspę. Ruszyłem przez wierzby. Przedarłem się przez nie z zamkniętymi oczami. Kiedy je otworzyłem zobaczyłem początkowo na rękach a później na ciele masę czarnych robaków pełzających w lepkiej pianie. Odwróciłem się powoli i zobaczyłem że gałązki wierzb pokryte są białą pianą w której siedziały małe czarne robaczki przypominające gąsienice. Brrr aż mnie ciarki przeszły i szybko skoczyłem do wody. Rzuciłem klamoty na ziemię a sam walnąłem się zaraz koło nich. Otworzyłem zimne piwko i zacząłem przyglądać się żerowaniu ryb. Moją uwagę szybko zwrócił boleń głuszący drobnicę za jedną z główek. Póki słońce wysoko i sum jeszcze śpi to poganiam ze spiningiem. Na końcu żyłki zawisł nowiutki podobno kiler boleniowy. Na kolanach podszedłem na odległość rzutu. I wobler pierwszy raz ląduje w wodzie. Rzuciłem na płytką wodę i szybko kręciłem kołowrotkiem dopóki wobler nie znalazł się na granicy wody płytkiej z głębszym dołkiem. Wtedy zwolniłem i nagle jakby coś kopnęło w wędkę. Trrrrrrrrrrrrrrrr pięknie przygrywa kołowrotek, a boleń ucieka z nurtem. Ale widzę że daleko nie pojedzie bo zaraz zaczyna się wsteczny nurt więc dałem mu poszaleć. A we wstecznym nurcie płynął już do mnie potulnie. Po chwili był już na brzegu. Może to nie jakiś rekord ale 68 cm bolenia jak na pierwszy rzut to wynik całkiem całkiem.
Następne dwie godziny to jeden mały bolek i kilkanaście drobnych kleników z przelewu. Dzień miał się ku końcowi wiec postanowiłem przygotować się do noclegu. Znalazłem odpowiednie miejsce na ognisko. Taki naturalny rów przed wyspą od wody odgrodzony piaszczystą wąską wydmą. Nie wiem czy ryby widzą ogień ale zawsze staram się palić go w takim miejscu aby coś go zasłaniało. Rozbiłem mini namiocik, krótszy ode mnie i nazbierałem drzewa. Zarzuciłem dwie gruntówki za przelewem. I zabrałem się za przygotowywanie kolacji czyli kiełbaski z ogniska.
Jak tylko zjadłem kolację zaczęła drgać pierwsza szczytówka. Pierwsza kijanka melduje się na brzegu. Ledwo ją odhaczyłem drga już druga wędka. Kolejna kijanka. I tak bez przerwy. O nie, tak to nie będzie. Pomyślałem. Trzeba zmienić przynętę na coś konkretniejszego bo kijanki wypocząć nie dają. Jeden z kleników którego wcześniej sobie zostawiłem w razie takiej sytuacji poszedł pod nóż i na hakach zamiast rosówek wisiały kawałki klenia.

Zapadła noc
Noc ciemna jak smoła
Wędki już nie dostawały drgawek na podpórkach. Założyłem dzwoneczki i wczołgałem się do namiotu. Cały się nie mieściłem więc wszedłem nogami a wystawała mi głowa żeby cokolwiek jeszcze widzieć i móc wypić piwko. Po męczącym wieczorze piwko mnie ululało. Obudziły mnie jakieś hałasy. Jakieś siorbanie przy wodzie, jakiś tupot, jakieś.... chrumczenie? O Matko... Dziki! Ogień zgasł. Ja namacałem prawą ręką słuszny kawał drewna a lewą nóż. Słysze... zbliżają się. Przeszły mnie zimne dreszcze i oblało mnie zimnym potem. Zdrętwiałem i nie wiedziałem co robić. Poszedł bym do wody ale słyszę że są przy wodzie, zaraz za wydmą, przy moich wędkach. Co tu robić? Co tu robić? Myśl baranie. I na myśleniu się skończyło a ja stałem jak wryty z potężnym kijochem w jednej ręce i nożem w drugiej gotowy walczyć o życie. Na wydmę wkracza pierwsza niska krępa kreatura... za nią kolejne. Ja osłupiały stoję i udają że mnie nie ma. Podchodzą powoli bliżej i bliżej ale.. coś mi tu nie gra. Coś wysoko trzymają łby te dziki... i dlaczego robią „beeeee” Dopiero wtedy do mnie dotarło że to nie były dziki a wygnane na trawiastą wyspę przez ludzi z sąsiedniej wsi owce. Wtedy uszło ze mnie powietrze.... Nie wiem ile czasu stałem na bezdechu ale to chyba był mój rekord. Jeszcze się trzęsąc zacząłem się śmiać na głos. Nie wiem czy śmiałem się z sytuacji, siebie czy ze szczęścia. Ściągnąłem wędki zostawiając je na podpórkach. Wlazłem na powrót do namiotu. Długo nie mogłem zasnąć rozmyślając nad tym co by to było gdyby to były prawdziwe dziki? Postanowiłem ze nigdy więcej nie wybiorę się na nockę sam. I ponownie usnąłem.

Poranek
Znów obudziły mnie hałasy zza wydmy. Tym razem głośne pluskanie i chlapanie. Myślę sobie zasrane owce narobiły rabanu mi na łowisku. Wziąłem znów kawał drewna i twardo idę je przegonić. Wystawiłem głowę nad wydmę i stanąłem jak wryty. Trzy metry ode mnie widzę wielki rogaty łeb wpatrzony we mnie jak w najgorszego wroga. Ani drgniemy. Chyba obaj nie wiedzieliśmy co robić. Wtedy wielki jeleń zerwał się do ucieczki. Chyba przestraszył się bardziej niż ja ,bo nie zauważył wędek na podpórkach. Na szczęście trącił je nie uszkadzając kijów tylko w jeden zestaw się zaplątał i porwał żyłkę. No ale bałaganu narobił pięknego. Kołowrotki pełne piachu i zestaw do ponownego montażu. Zanim zjadłem śniadanie, wyczyściłem kołowrotki i zmontowałem zestaw dostałem telefon od ojca że będzie po mnie za godzinkę bo później już nie będzie mógł przyjechać.

Jeśli chodzi o wędkarstwo to ta noc była zupełnie niepotrzebna i nieudana. Ale doświadczenia z niej bezcenne. Nigdy nie chodźcie na nocki sami! Jak nie zwierzęta to ludzie jak nie ludzie to pogoda, burze czy szybki przybór wody. Nad wodą w samotności jesteśmy zagrożeni przez wiele czynników. Jednym z nich jest nasza wyobraźnia która podczas samotnej nocy może zrobić z potulnej owieczki rozjuszoną lochę.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama