Nie ,bo nawet nie ma do kogo gęby otworzyć i jest smutno :) W dzisiejszych czasach ,ze względu bezpieczeństwa jest lepiej samemu nie wybierać sie na ryby
Ja uwielbiam. Lubię z kimś, ale bardziej lubię sam. Ja nie jestem uzależniony od kogoś, a ktoś ode mnie. Oczywiście zabieram psa. I mam wtedy do kogo gębę otworzyć i kanapką się podzielić :)
Witam.Ja również preferuje samotne wyprawy.Żona przez to często się denerwuje bo jeżdżę sam na nocki i w miejsca gdzie nie ma zasięgu żadnej sieci.A ja po prostu uwielbiam spokój i ciszę.
Wędkarz, to przeważnie z natury taki samotny jeździec. Ja marzę o takiej wyprawie wędkarskiej w kompletną dzicz. Tak jak jeżdżą wędkarze w Kanadzie, Stanach, na Alaskę, w Tajgę. Co najmniej tydzień bez cywilizacji, komórek etc. Kawa parzona na ognisku, ryba pieczona w ognisku na patyku. Konserwy, suchary..... ZERO LUDZI.
Wędkarz, to przeważnie z natury taki samotny jeździec. Ja marzę o takiej wyprawie wędkarskiej w kompletną dzicz. Tak jak jeżdżą wędkarze w Kanadzie, Stanach, na Alaskę, w Tajgę. Co najmniej tydzień bez cywilizacji, komórek etc. Kawa parzona na ognisku, ryba pieczona w ognisku na patyku. Konserwy, suchary..... ZERO LUDZI.
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
To chyba każdy albo wiekszość tak ma,że lubi samotne wyprawy na ryby,choć jeśli jadę na ryby z Mamą(pozdrawiam ALĘ),to jest to jedyna osoba,z którą można posiedzieć na rybkach całymi godzinami,ale samemu też lubie wyskoczyć na parę godzin-tak się odchamić samemu.
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
Boże jak mi się marzy coś takiego, pewnego razu zorganizuje coś takiego!! W ogóle moja pasja do wędkarstwa zaczęła się od pasji do survivalu, a Bear grylls to show man a nie survivalista. Na ryby zawsze jadę sam ( dwa razy byłem z teściem, po tym jak pijany zerwał mi amura rekorda podbierakiem tylko upewnił mnie w takiej decyzji)
Przyjacielu może twój kolega umieścił swój wyczyn na jakiejś stronie www. Chętnie bym obejrzał i poczytał jak było.
Boże jak mi się marzy coś takiego, pewnego razu zorganizuje coś takiego!! W ogóle moja pasja do wędkarstwa zaczęła się od pasji do survivalu, a Bear grylls to show man a nie survivalista. Na ryby zawsze jadę sam ( dwa razy byłem z teściem, po tym jak pijany zerwał mi amura rekorda podbierakiem tylko upewnił mnie w takiej decyzji)
Przyjacielu może twój kolega umieścił swój wyczyn na jakiejś stronie www. Chętnie bym obejrzał i poczytał jak było.
Niestety, nigdzie tego nie opisał, oprócz obszernego listu do mnie i wysłania mi w nim kilku zdjęć ze zwykłego aparatu. Ten list trzymam schowany jak relikt. Jedynymi wynalazkami cywilizacji jakie miał, to właśnie aparat fotograficzny i przymusowo GPS od straży parku, no i ubikacja w przyczepie (na zewnątrz miał zakaz). Nawet ogniska rozpalał krzesiwem traperskim. Ja również nie mam miłych wspomnień z wyjazdu z kolegami, którzy oprócz wędki zabierali całą baterię ciężkich dział procentowych. Jest wóda, nie ma wędkowania, jest wędkowanie, nie ma wódy.
Nawet jak się człowiek wybierze sam nad wodę to ciężko jest być tam samemu, wszędzie duża presja wędkarska :) No, a tak na nockę to trochę niebezpiecznie wybierać się samemu.
Najlepiej samemu choć czasami brakuje chęci, żeby tak posiedzieć kilka godzin samotnie. Ale jakoś zawsze się przełamuję i już teraz nie mam takich zahamowań czy jechać na ryby czy nie jak to miałem kiedyś. Samemu możesz przynajmniej robić co uważasz za słuszne a nie, że ktoś ci wytyka, że tak nie bo nie...(głupio to zabrzmiało?) Samotne wypady rulez ;)
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
Jako, że jestem zatwardziałym spinnigistą towarzystwo mi wręcz przeszkadza w szczególności podczas podchodów kleni i jazi dlatego na rybki najczęściej jeżdżę sam. Ale np. podczas połowów jesienych sandaczy towarzystwo jest wręcz wskazane. Łatwiej z łódką , można sobie pogadać a i bezpieczniej bo co dwie osoby to nie jedna.
Ja lubię jeździć sam.Nie muszę czekać na spóźnialskich kolegów.(Nie cierpię spóźnialstwa).Wyjeżdżam na ryby o 2, a najpóźniej o 3 w nocy,(właściwie to już nad ranem).Siedzę do 8 - 9 rano i wracam.Zawsze jakaś robota w domu się znajdzie.Nie chodzi o ryby, tylko o sam fakt powędkowania. Chciałbym opisać wypad mojego kolegi na bezludną wyspę na jeziorze mazurskim (mówił mi,ale nie pamiętam na którym).Otóż w latach 80 (teraz to chyba by się tak nie udało) razem ze swoją żoną kazał się wywieźć rybakowi na taką wyspę i przyjechać po nich za miesiąc.Nadmieniam ,że w tamtych latach nie było jeszcze telefonów komórkowych.(Może i były, ale jeszcze nie tak popularne).Najciekawsze jest to ,że zabrali ze sobą tylko,albo aż! worek soli, worek mąki, siekierkę i sprzęt wędkarski.Nie zabrali nawet namiotu.Na pytanie gdzie spali, odpowiedział,że zrobili sobie namiot z gałęzi.Opowiadał,że odpoczęli cudownie,opalili całe ciała, bo chodzili sobie nago.Proponowałem (25 lat temu) taki wypad mojej żonie ,ale niestety nie zgodziła się.
Lubie jeżdzić sam jak jest ciepło i jest dobra pogoda. Zkolegami ze szkoły nie wychodzi to za dobrze bo ciągle gadają i przeszkadzają. Mimo tego najbardziej lubię jeździć z wyjkie lub z tatą. To jest to. MOŻNA POGADAĆ, A od wujka nauczyć się czegoś ciekawego o wędkarstwie
Ogólnie nie lubię jeździć z kolegami. Jeśli już to najlepiej w dwóch, ale z kolegom zapaleńcem do wędkowania, żeby po 3 godzinach nie gadał ,że nie biorą jedziemy do domu. Ewentualnie w 3 ale to też musi być zgrana i doświadczona ekipa dbająca o sprzęt (często kol. pożyczają go i nie wygląda to ciekawie). W czterech to już katastrofa totalna!!!
Ogólnie nie lubię jeździć z kolegami. Jeśli już to najlepiej w dwóch, ale z kolegom zapaleńcem do wędkowania, żeby po 3 godzinach nie gadał ,że nie biorą jedziemy do domu. Ewentualnie w 3 ale to też musi być zgrana i doświadczona ekipa dbająca o sprzęt (często kol. pożyczają go i nie wygląda to ciekawie). W czterech to już katastrofa totalna!!!
Nigdy w życiu bym nie pożyczył komuś obcemu swojego sprzętu wędkarskiego. Raz to zrobiłem i straciłem i sprzęt i kolegę. Ojciec, brat, córki, nikomu więcej. Tego się nie pożycza.
Najgorsze wkur...jest jak,pożyczysz komuś sprzęt,i ten ktoś na Twoim sprzęcie łapie takie sztuki,że głowa mała,a Ty stiosz jak wół i czkasz na branie,a tu zero!!!
Na ryby niestety jeżdżę z reguły sam bo moi znajomi to totalne głąby jeśli chodzi o wędkarstwo, zabrałem ich parę razy to tylko mi głowę suszyli zrób to, pomóż w tym w tamtym, czemu nie bierze zimno, wracamy do domu itp.Czasami jeździ ze mną moja dziewczyna ale to tylko jak jest ciepło bo ja jak jadę na ryby to minimum na 2 dni bo uwielbiam siedzieć na bezludziach, a że nie mam za blisko to jeżdżę rzadziej ale na dużej. Z reguły od piątku do niedzieli. Ognicho grill i jazdaaaa. A co do pożyczania sprzętu to mam swoje 2 ulubione wędeczki których nie pożyczam ale inne jak najbardziej.
Samemu to lubię łowić jak się nastawiam na lina wiadomo lin lubi ciszę ,a w innych wypadkach druga osoba jak najbardziej , przynajmniej jest z kimś pogadać jeśli rybki nie biorą .Oczywiście inny wędkarz potrafiący zachowywać się tak jak powinien łowiąc ryby .
to oczywiste że lepiej z kimś jeździć na ryby , ale jak ktoś nie umie się zachowac nad wodą i się kreci jak gówno w przeremblu to już lepiej samemu pojechać ;)
tylko samotne wyprawy dają to co w wędkarstwie najlepsze czyli cisza , spokój , obcowanie z naturą i większą szansę na udany połów bo nikt nas nie rozprasza.
Ja jeżdże z mężęm zawsze na rybki kiedy mam ochote. Rzadko łowie ,wole popatrzeć na niego. Jest zapalonym spinningistą . Kiedy wyczuje jakieś rybki oddaje mi wędke i patrzy co tworze. Dzięki niemu złapałem chyba tego bakcyla:)) ........Wracając do tematu on to jest samotnik i widze że to że taki jest daje mu dużo i dużych ryb.
Ja jeżdże z mężęm zawsze na rybki kiedy mam ochote. Rzadko łowie ,wole popatrzeć na niego. Jest zapalonym spinningistą . Kiedy wyczuje jakieś rybki oddaje mi wędke i patrzy co tworze. Dzięki niemu [b]złapałem[/b] chyba tego bakcyla:)) ........Wracając do tematu on to jest samotnik i widze że to że taki jest daje mu dużo i dużych ryb.
:P
Ja jezdze na ryby mniej wiecej pol wypadow sam i pol wypadow z kumplem. Z kumplem jest fajnie, bo zawsze zartujemy gadamy o roznych sprawach, jest klimat rekraacyjno-relaksowo-wesoly. Samemu jest niepowtarzalny klimat wyciszenia, niezaleznosci i wolnosci :)
Takze odpowiadam na pytanie: Bardzo lubie chodzic samemu na ryby :)
Witam ja z reguły chodzę z mężem na ryby ale bywa i tak ,że jak mąż jest w pracy a ja mam wolne to idę sama i ta cisza i spokój jest wspaniała, ale i tak wolę jak on jest ze mną ,jest tak rażniej ,a wogóle jak dopiero co świta .
Ale miałam też przypadek, że wziełam ze sobą brata na ryby i no cóż wzioł mu lin na moim miejscu i to jaki ok kilograma ,co zaznacze to był jego pierwszy lin w życiu , ale cóż tak wyszło on był zadowolony ja niestety nie . Racja jest taka nie bież nikogo ze sobą na ryby .
Jesli chodzi o wędkowanie spławikowe to nie lubie sam, to trzeba posadzić tyłek na krzesełkach i pogadać z kimś, ale preferuje spining i na spining uwielbiam chodzić sam, nikt mi nie przeszkadza i nie ogranicza czasowo, wtedy to naprawde się poluje, Smacznego JAJA dla Wszystkich:))
Najlepiej jezdzi mi sie z tesciem ,gosciu nigdy nie wymieka potrafi cala noc czuwac nad wedkami kiedy ja przysypiam jest leszym wedkarzem odemnie zawsze moge na niego liczyc tak wiec lepiej jezdzic z kims nawet dla bezpieczenstwa poza tym literka lepiej zrobic z kims niz samemu :]
Mój teściu wędkuje chyba od 25 lat i nadal stoi z doświadczeniem i wiedzą jak by 2 rok wędkował Nadal wierzy w zabobony i mity a i przekonać się nie da że da się inaczej, kupił np. quivertipa ze średniej pułki i założył spławik z pióra gęsi i nażeka ze cięszko tym daleko rzucić. Jak mu powiedziałem że ta wędka to do gruntu że drgająca szczytówka to mi powiedział że nie mam racji.
Ja już od kilku lat chodzę tylko sam.Nie dlatego że nie lubię ludzi czy ich towarzystwa,tylko mało u mnie prawdziwych wędkarzy a ci co są to wolą łowiska komercyjne.Ja łowię tylko na rzece ryb jest sporo piękne gatunki,nikt jednak nie chce się pobrudzić nad rzeką.Są też jednak niesamowite zalety,na komercji nie mogę wybrać miejsca i zanęcić przez kilka dni bo nigdy nie wiem czy następnego dnia będę mógł połowić w danym miejscu.Na rzece łowię i nęcę na jednej miejscówce i tylko raz ktoś tam łowił w czasie gdy mnie nie było nie zatarł śladów zdradziła go rozsypana zanęta:).
Ja generalnie chodze sam, czy to na spining grunt itp. Czasami tylko z ojcem sie wybiore, ale to rzadko. Lubie samemu posciedziec w spokoju, z nikim nie rozmawiac i sie wyciszyc, koledzy to chwilowi zapalency i wkurza mnie wedkowanie z nimi, zero jakiegokolwiek spokoju. A jak sie jedzie w kilku to zaraz piwko, i wiecie jak jest pozniej,
Ogólnie to lubię samemu ruszać nad woda, ale często jadę z jakimś znajomym a że mam sporo wędkujących znajomych to i mam z kim jeździć :)) no nocki bankowo w trzy osoby zawsze jeżdżę :))
Witam.
Lubicie chodzić sami na ryby ?
Nie ,bo nawet nie ma do kogo gęby otworzyć i jest smutno :) W dzisiejszych czasach ,ze względu bezpieczeństwa jest lepiej samemu nie wybierać sie na ryby
Ja uwielbiam. Lubię z kimś, ale bardziej lubię sam. Ja nie jestem uzależniony od kogoś, a ktoś ode mnie. Oczywiście zabieram psa. I mam wtedy do kogo gębę otworzyć i kanapką się podzielić :)
Witam.Ja również preferuje samotne wyprawy.Żona przez to często się denerwuje bo jeżdżę sam na nocki i w miejsca gdzie nie ma zasięgu żadnej sieci.A ja po prostu uwielbiam spokój i ciszę.
Ja bardzo lubię chodzić sam na ryby. Nikt mi wtedy głowy pierdołami nie zawraca, można się wyciszyć, odpocząć i odciąć od wszystkich problemów.
Najczęściej jeżdżę sam na ryby. Czasami towarzyszy mi żona.
Wędkarz, to przeważnie z natury taki samotny jeździec. Ja marzę o takiej wyprawie wędkarskiej w kompletną dzicz. Tak jak jeżdżą wędkarze w Kanadzie, Stanach, na Alaskę, w Tajgę. Co najmniej tydzień bez cywilizacji, komórek etc. Kawa parzona na ognisku, ryba pieczona w ognisku na patyku. Konserwy, suchary..... ZERO LUDZI.
TAK. !! Ale czasem przydał by się ktoś rozsądny . Pozdrawiam.
No taka samotna wyprawa to mi też się marzy to jest coś ; )
Wędkarz, to przeważnie z natury taki samotny jeździec. Ja marzę o takiej wyprawie wędkarskiej w kompletną dzicz. Tak jak jeżdżą wędkarze w Kanadzie, Stanach, na Alaskę, w Tajgę. Co najmniej tydzień bez cywilizacji, komórek etc. Kawa parzona na ognisku, ryba pieczona w ognisku na patyku. Konserwy, suchary..... ZERO LUDZI.
Prawie jak Bear Grylls :)
no a jak inaczej hehe ; )
tak jest najlepiej ; )
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
To chyba każdy albo wiekszość tak ma,że lubi samotne wyprawy na ryby,choć jeśli jadę na ryby z Mamą(pozdrawiam ALĘ),to jest to jedyna osoba,z którą można posiedzieć na rybkach całymi godzinami,ale samemu też lubie wyskoczyć na parę godzin-tak się odchamić samemu.
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
Boże jak mi się marzy coś takiego, pewnego razu zorganizuje coś takiego!! W ogóle moja pasja do wędkarstwa zaczęła się od pasji do survivalu, a Bear grylls to show man a nie survivalista.
Na ryby zawsze jadę sam ( dwa razy byłem z teściem, po tym jak pijany zerwał mi amura rekorda podbierakiem tylko upewnił mnie w takiej decyzji)
Przyjacielu może twój kolega umieścił swój wyczyn na jakiejś stronie www. Chętnie bym obejrzał i poczytał jak było.
Boże jak mi się marzy coś takiego, pewnego razu zorganizuje coś takiego!! W ogóle moja pasja do wędkarstwa zaczęła się od pasji do survivalu, a Bear grylls to show man a nie survivalista.
Na ryby zawsze jadę sam ( dwa razy byłem z teściem, po tym jak pijany zerwał mi amura rekorda podbierakiem tylko upewnił mnie w takiej decyzji)
Przyjacielu może twój kolega umieścił swój wyczyn na jakiejś stronie www. Chętnie bym obejrzał i poczytał jak było.
Niestety, nigdzie tego nie opisał, oprócz obszernego listu do mnie i wysłania mi w nim kilku zdjęć ze zwykłego aparatu. Ten list trzymam schowany jak relikt. Jedynymi wynalazkami cywilizacji jakie miał, to właśnie aparat fotograficzny i przymusowo GPS od straży parku, no i ubikacja w przyczepie (na zewnątrz miał zakaz). Nawet ogniska rozpalał krzesiwem traperskim. Ja również nie mam miłych wspomnień z wyjazdu z kolegami, którzy oprócz wędki zabierali całą baterię ciężkich dział procentowych. Jest wóda, nie ma wędkowania, jest wędkowanie, nie ma wódy.
Nawet jak się człowiek wybierze sam nad wodę to ciężko jest być tam samemu, wszędzie duża presja wędkarska :) No, a tak na nockę to trochę niebezpiecznie wybierać się samemu.
Najlepiej samemu choć czasami brakuje chęci, żeby tak posiedzieć kilka godzin samotnie. Ale jakoś zawsze się przełamuję i już teraz nie mam takich zahamowań czy jechać na ryby czy nie jak to miałem kiedyś. Samemu możesz przynajmniej robić co uważasz za słuszne a nie, że ktoś ci wytyka, że tak nie bo nie...(głupio to zabrzmiało?) Samotne wypady rulez ;)
ja również wolę wędkować samemu choć czasem parę razy jadę z jakimś kolegą to idzie wytrzymać hehe ale raczej sam
Mam kolegę, z którym chodziłem do szkoły, przyjaźniłem się wiele lat potem, razem zawsze wędkowaliśmy i marzyliśmy o takiej wyprawie. Któregoś dnia pojechał na wycieczkę do Neapolu i tyle go widziałem. Po roku z Neapolu wyjechał do Kanady i tam aktualnie mieszka. Kontakt utrzymujemy, mimo 24 lat jakie minęły od naszego pozegnania. Otóż pasja wędkarska w nim tkwi do dziś i spełnił on nasze wspólne marzenie o wyprawie w dzicz na ryby. Pojechał dwa lata temu na trzy tygodnie w dzikie lasy w górach Kanady. Przysłał mi zdjęcia z wędkarskich sukcesów nad rzeką i pobliskim jej jeziorem i morzem. Widział niedźwiedzie, wilki, łosie, orły, bobry i potężne orki, no same cuda natury. Żył dwa tygodnie w przyczepie campingowej (wymóg straży parku), ale pichcił tylko na ognisku, pił wodę ze strumienia, jadł konserwy i suchary, mył się w jeziorze, zapuścił brodę jak Crusoe, parzył kawę w czajniczku nad ogniem jak traperzy, piekł mięso nad ogniskiem . Jedynynie dwa razy dziennie musiał wysłać sygnał GPS do strażnika parku, że żyje. Przeżycia bezcenne.
ja tez tak chce...:-)
Jako, że jestem zatwardziałym spinnigistą towarzystwo mi wręcz przeszkadza w szczególności podczas podchodów kleni i jazi dlatego na rybki najczęściej jeżdżę sam. Ale np. podczas połowów jesienych sandaczy towarzystwo jest wręcz wskazane. Łatwiej z łódką , można sobie pogadać a i bezpieczniej bo co dwie osoby to nie jedna.
Ja lubię jeździć sam.Nie muszę czekać na spóźnialskich kolegów.(Nie cierpię spóźnialstwa).Wyjeżdżam na ryby o 2, a najpóźniej o 3 w nocy,(właściwie to już nad ranem).Siedzę do 8 - 9 rano i wracam.Zawsze jakaś robota w domu się znajdzie.Nie chodzi o ryby, tylko o sam fakt powędkowania. Chciałbym opisać wypad mojego kolegi na bezludną wyspę na jeziorze mazurskim (mówił mi,ale nie pamiętam na którym).Otóż w latach 80 (teraz to chyba by się tak nie udało) razem ze swoją żoną kazał się wywieźć rybakowi na taką wyspę i przyjechać po nich za miesiąc.Nadmieniam ,że w tamtych latach nie było jeszcze telefonów komórkowych.(Może i były, ale jeszcze nie tak popularne).Najciekawsze jest to ,że zabrali ze sobą tylko,albo aż! worek soli, worek mąki, siekierkę i sprzęt wędkarski.Nie zabrali nawet namiotu.Na pytanie gdzie spali, odpowiedział,że zrobili sobie namiot z gałęzi.Opowiadał,że odpoczęli cudownie,opalili całe ciała, bo chodzili sobie nago.Proponowałem (25 lat temu) taki wypad mojej żonie ,ale niestety nie zgodziła się.
Lubie jeżdzić sam jak jest ciepło i jest dobra pogoda. Zkolegami ze szkoły nie wychodzi to za dobrze bo ciągle gadają i przeszkadzają. Mimo tego najbardziej lubię jeździć z wyjkie lub z tatą. To jest to. MOŻNA POGADAĆ, A od wujka nauczyć się czegoś ciekawego o wędkarstwie
Ogólnie nie lubię jeździć z kolegami. Jeśli już to najlepiej w dwóch, ale z kolegom zapaleńcem do wędkowania, żeby po 3 godzinach nie gadał ,że nie biorą jedziemy do domu. Ewentualnie w 3 ale to też musi być zgrana i doświadczona ekipa dbająca o sprzęt (często kol. pożyczają go i nie wygląda to ciekawie). W czterech to już katastrofa totalna!!!
Ogólnie nie lubię jeździć z kolegami. Jeśli już to najlepiej w dwóch, ale z kolegom zapaleńcem do wędkowania, żeby po 3 godzinach nie gadał ,że nie biorą jedziemy do domu. Ewentualnie w 3 ale to też musi być zgrana i doświadczona ekipa dbająca o sprzęt (często kol. pożyczają go i nie wygląda to ciekawie). W czterech to już katastrofa totalna!!!
Nigdy w życiu bym nie pożyczył komuś obcemu swojego sprzętu wędkarskiego. Raz to zrobiłem i straciłem i sprzęt i kolegę. Ojciec, brat, córki, nikomu więcej. Tego się nie pożycza.
zegarka,samochodu,żony i sprzętu wędkarskiego się nie pożycza-taki zabobon...
bielizny i szczoteczki do zębów też...... :)
ale pożyczyłem mu i łowił koło mnie ale już nigdy wiącej
Najgorsze wkur...jest jak,pożyczysz komuś sprzęt,i ten ktoś na Twoim sprzęcie łapie takie sztuki,że głowa mała,a Ty stiosz jak wół i czkasz na branie,a tu zero!!!
Sam tak miałem-dlatego nie pożyczam-lekarz nie kazał sie wiecej denerwować,hehehehe
Na ryby niestety jeżdżę z reguły sam bo moi znajomi to totalne głąby jeśli chodzi o wędkarstwo, zabrałem ich parę razy to tylko mi głowę suszyli zrób to, pomóż w tym w tamtym, czemu nie bierze zimno, wracamy do domu itp.Czasami jeździ ze mną moja dziewczyna ale to tylko jak jest ciepło bo ja jak jadę na ryby to minimum na 2 dni bo uwielbiam siedzieć na bezludziach, a że nie mam za blisko to jeżdżę rzadziej ale na dużej. Z reguły od piątku do niedzieli. Ognicho grill i jazdaaaa.
A co do pożyczania sprzętu to mam swoje 2 ulubione wędeczki których nie pożyczam ale inne jak najbardziej.
Ja tam mam swoje ulubione kołowrotki i nie pożyczam ich bo każdy ma swoją role do (spin/na gród/spławik) i jest git ; )
Samemu to lubię łowić jak się nastawiam na lina wiadomo lin lubi ciszę ,a w innych wypadkach druga osoba jak najbardziej , przynajmniej jest z kimś pogadać jeśli rybki nie biorą .Oczywiście inny wędkarz potrafiący zachowywać się tak jak powinien łowiąc ryby .
zegarka,samochodu,żony i sprzętu wędkarskiego się nie pożycza-taki zabobon...
Z tym że zegarek ,samochód i sprzęt wędkarski się sam nie pożyczy , a żona się sama może pożyczyć he he połamania .
to oczywiste że lepiej z kimś jeździć na ryby , ale jak ktoś nie umie się zachowac nad wodą i się kreci jak gówno w przeremblu to już lepiej samemu pojechać ;)
tylko samotne wyprawy dają to co w wędkarstwie najlepsze czyli cisza , spokój , obcowanie z naturą i większą szansę na udany połów bo nikt nas nie rozprasza.
Powiem tak: z Kolegą weselej, ale największe ryby złowiłem bez towarzystwa.
Ja jeżdże z mężęm zawsze na rybki kiedy mam ochote. Rzadko łowie ,wole popatrzeć na niego. Jest zapalonym spinningistą . Kiedy wyczuje jakieś rybki oddaje mi wędke i patrzy co tworze. Dzięki niemu złapałem chyba tego bakcyla:)) ........Wracając do tematu on to jest samotnik i widze że to że taki jest daje mu dużo i dużych ryb.
Ja jeżdże z mężęm zawsze na rybki kiedy mam ochote. Rzadko łowie ,wole popatrzeć na niego. Jest zapalonym spinningistą . Kiedy wyczuje jakieś rybki oddaje mi wędke i patrzy co tworze. Dzięki niemu [b]złapałem[/b] chyba tego bakcyla:)) ........Wracając do tematu on to jest samotnik i widze że to że taki jest daje mu dużo i dużych ryb.
:P
Ja jezdze na ryby mniej wiecej pol wypadow sam i pol wypadow z kumplem.
Z kumplem jest fajnie, bo zawsze zartujemy gadamy o roznych sprawach, jest klimat rekraacyjno-relaksowo-wesoly.
Samemu jest niepowtarzalny klimat wyciszenia, niezaleznosci i wolnosci :)
Takze odpowiadam na pytanie:
Bardzo lubie chodzic samemu na ryby :)
to jak większość piszących lubię jeździć sam wyjeżdżam sam o której chce wracam też o której chce sam na sam z przyrodą
Witam ja z reguły chodzę z mężem na ryby ale bywa i tak ,że jak mąż jest w pracy a ja mam wolne to idę sama i ta cisza i spokój jest wspaniała, ale i tak wolę jak on jest ze mną ,jest tak rażniej ,a wogóle jak dopiero co świta .
Ale miałam też przypadek, że wziełam ze sobą brata na ryby i no cóż wzioł mu lin na moim miejscu i to jaki ok kilograma ,co zaznacze to był jego pierwszy lin w życiu , ale cóż tak wyszło on był zadowolony ja niestety nie . Racja jest taka nie bież nikogo ze sobą na ryby .
Jesli chodzi o wędkowanie spławikowe to nie lubie sam, to trzeba posadzić tyłek na krzesełkach i pogadać z kimś, ale preferuje spining i na spining uwielbiam chodzić sam, nikt mi nie przeszkadza i nie ogranicza czasowo, wtedy to naprawde się poluje, Smacznego JAJA dla Wszystkich:))
Najlepiej jezdzi mi sie z tesciem ,gosciu nigdy nie wymieka potrafi cala noc czuwac nad wedkami kiedy ja przysypiam jest leszym wedkarzem odemnie zawsze moge na niego liczyc tak wiec lepiej jezdzic z kims nawet dla bezpieczenstwa poza tym literka lepiej zrobic z kims niz samemu :]
Mój teściu wędkuje chyba od 25 lat i nadal stoi z doświadczeniem i wiedzą jak by 2 rok wędkował Nadal wierzy w zabobony i mity a i przekonać się nie da że da się inaczej, kupił np. quivertipa ze średniej pułki i założył spławik z pióra gęsi i nażeka ze cięszko tym daleko rzucić. Jak mu powiedziałem że ta wędka to do gruntu że drgająca szczytówka to mi powiedział że nie mam racji.
Ja już od kilku lat chodzę tylko sam.Nie dlatego że nie lubię ludzi czy ich towarzystwa,tylko mało u mnie prawdziwych wędkarzy a ci co są to wolą łowiska komercyjne.Ja łowię tylko na rzece ryb jest sporo piękne gatunki,nikt jednak nie chce się pobrudzić nad rzeką.Są też jednak niesamowite zalety,na komercji nie mogę wybrać miejsca i zanęcić przez kilka dni bo nigdy nie wiem czy następnego dnia będę mógł połowić w danym miejscu.Na rzece łowię i nęcę na jednej miejscówce i tylko raz ktoś tam łowił w czasie gdy mnie nie było nie zatarł śladów zdradziła go rozsypana zanęta:).
Ja generalnie chodze sam, czy to na spining grunt itp. Czasami tylko z ojcem sie wybiore, ale to rzadko.
Lubie samemu posciedziec w spokoju, z nikim nie rozmawiac i sie wyciszyc, koledzy to chwilowi zapalency i wkurza mnie wedkowanie z nimi, zero jakiegokolwiek spokoju.
A jak sie jedzie w kilku to zaraz piwko, i wiecie jak jest pozniej,
Ogólnie to lubię samemu ruszać nad woda, ale często jadę z jakimś znajomym a że mam sporo wędkujących znajomych to i mam z kim jeździć :)) no nocki bankowo w trzy osoby zawsze jeżdżę :))