To co dla Ciebie jest przyjemnoscia, dla innych moze byc udreka. Dla wielu wedkarzy piekno przyrody moze w znacznym stopniu utrudnic lowienie. Nie kazdy moze miec sily, checi czy mozliwosci zeby dymac pieszo np. 2 km do lowiska, bo nie ma dojazdu. Dlaczego twoje odczucie przyjemnosci ma byc wazniejsze od innych.
A teraz o tych wyrybieniach. Caly czas sie upierasz ze to niemozliwe. Nie wiem jak mam Cie przekonac, mimo ze podaje Ci przyklady z zycia. Nie jakies wyssane z palca. Podalem Ci konkretne nazwy lowisk i czas. Konkretne sytuacje ktore sie wydarzyly. Nie jakies domysly czy przypuszczenia. Czego trzeba wiecej. Mowisz ze tamci ludzie to miesiarze. Tak. Ale takich jest wsrod 600000 rzeszy wedkarzy zdecydowana wiekszosc. Jestem o tym przekonany, patrzac co dzieje sie na woda. Mowisz po co im tyle ryb. Nie obraz sie, ale mlody jestes i niewiele widziales. Na Zalewie Sulejowskim, kilka lat temu jak bral leszcz, ludzie potrafili ciagnac go workami. po 20-30 kg. Nie bylo limitu, wymiaru ochronnego. Przywozili to do domu (sam bylem swiadkiem) zeby pochwalic sie sasiadom, brali 2-3 szt, kilka udalo im sie rozdac, a reszta ladowala w smietniku. To sa fakty z zycia. Jesli sie z takimi i podobnymi nie spotkales, to zyjesz w szczesliwym swiecie. Mialem na Pilicy ulubione lowisko na muche. tzw. szyna (inaczej larsen). Sa na tym forum wedkarze z Tomaszowa, wiec pewnie potwierdza to co napisalem. Jak zaczynalem przygode z muszkarstwem, lowilem tam piekne jazie (moj rekord to dublet 45 i 46 cm - ale byla jazda). I tak bylo przez lat kilka. Pewnego razu pojawil sie gosc, lowil na splawik. Przyjechalem na poczatku maja pierwszy raz w sezonie. Zdziwienie, zero ryb. Zaczalem z nim gadac. Facet powiedzial, ze w dlugi weekend majowy z kumplami wyjeli ponad 100 jazi. Z tego co widzialem gosc ryb nie wypuszczal. No i tak skonczylo mi sie fajne lowisko. Owszem, cos tam jeszcze zlowie, ale czasy prosperity minely.
To co dla Ciebie jest przyjemnoscia, dla innych moze byc udreka. Dla wielu wedkarzy piekno przyrody moze w znacznym stopniu utrudnic lowienie. Nie kazdy moze miec sily, checi czy mozliwosci zeby dymac pieszo np. 2 km do lowiska, bo nie ma dojazdu. Dlaczego twoje odczucie przyjemnosci ma byc wazniejsze od innych.
A teraz o tych wyrybieniach. Caly czas sie upierasz ze to niemozliwe. Nie wiem jak mam Cie przekonac, mimo ze podaje Ci przyklady z zycia. Nie jakies wyssane z palca. Podalem Ci konkretne nazwy lowisk i czas. Konkretne sytuacje ktore sie wydarzyly. Nie jakies domysly czy przypuszczenia. Czego trzeba wiecej. Mowisz ze tamci ludzie to miesiarze. Tak. Ale takich jest wsrod 600000 rzeszy wedkarzy zdecydowana wiekszosc. Jestem o tym przekonany, patrzac co dzieje sie na woda. Mowisz po co im tyle ryb. Nie obraz sie, ale mlody jestes i niewiele widziales. Na Zalewie Sulejowskim, kilka lat temu jak bral leszcz, ludzie potrafili ciagnac go workami. po 20-30 kg. Nie bylo limitu, wymiaru ochronnego. Przywozili to do domu (sam bylem swiadkiem) zeby pochwalic sie sasiadom, brali 2-3 szt, kilka udalo im sie rozdac, a reszta ladowala w smietniku. To sa fakty z zycia. Jesli sie z takimi i podobnymi nie spotkales, to zyjesz w szczesliwym swiecie. Mialem na Pilicy ulubione lowisko na muche. tzw. szyna (inaczej larsen). Sa na tym forum wedkarze z Tomaszowa, wiec pewnie potwierdza to co napisalem. Jak zaczynalem przygode z muszkarstwem, lowilem tam piekne jazie (moj rekord to dublet 45 i 46 cm - ale byla jazda). I tak bylo przez lat kilka. Pewnego razu pojawil sie gosc, lowil na splawik. Przyjechalem na poczatku maja pierwszy raz w sezonie. Zdziwienie, zero ryb. Zaczalem z nim gadac. Facet powiedzial, ze w dlugi weekend majowy z kumplami wyjeli ponad 100 jazi. Z tego co widzialem gosc ryb nie wypuszczal. No i tak skonczylo mi sie fajne lowisko. Owszem, cos tam jeszcze zlowie, ale czasy prosperity minely.