Reklama

A myślałem że......

21/01/2011 11:49
Jak każdy wędkarz gdy przychodzi pewien okres życia i wiadomości od konowała raczej nie są optymistyczne . Tak i na mnie przyszedł ten czas .Fakt,,,, młodość była piękna -,Bogata we wrażenia i sport i fascynacje....
Ale nie o poza wędkarskimi sprawami tu się będę wywnętrzał.
Wspomnienia ,. Wspomnienia pierwszej płotki wyszarpniętej z wody a nie złowionej ,wracają po tylu latach jak by to wczoraj było.
A Miałem wtedy z 10 lub 11 lat . Cała sprawa rozegrała się w Sulejowie. Tak - w mieście bo o zalewie tej nazwy to nawet wtedy jaszcz się`nie wspominało.Jako jedenastoletni szczawik miałem okazję bywać na koloniach w Sulejowie ,ale nie jako kolonista tylko z moim Ojcem kierowcą obsługującym zaopatrzenie ośrodka kolonijnego.
Profity jakie z tego statusu płynęły dla mnie , bez ogródek stawiały mnie na miejscu ,,uprzywilejowanym"".
Nie kolonista a człowiek swobodny ,nie związany wychowawcą, i nie podlegający regułą wychowawcy ,,.Dominowałem wśród młodzieży i panienek na koloni . A kolonia były mieszana Łódzko- Warszawska.
I panienki ze stolicy robiły na niej furorę.To tu przeżyłem swą jakże romantyczną i prawie tragiczną pierwszą miłość. Rozdzieliło nas jakieś 130 kilometrów. I z czasem zapomnienie przyszło pod wpływem nowych zauroczeń.
Nie zaniedbywałem kontaktów z miejscową elitą młodzieży .Tę (elitę ) to zamieszczam z szacunku dla odważnych chłopaków skaczących z mostu do Pilicy i usiłujących im w tym przeszkodzić miejscowych szeryfów z milicji. A chłopaki znali się na swoim rzemiośle rzezimieszków i znawców tajników Pilicy jak mało kto. Popsuć im ubaw z miejscową władzą mogło jedynie znudzenie. i szukanie następnej okazji do psoty.
Mieli jednak Ci chłopcy jedną najważniejszą zaletę, Łowili ryby. I to nie byle jak- znali się na tym doskonale i przede wszystkim mieli przysłowiowego farta. Trzeba było złowić leszcza --to nie był żaden problem. zasiadka w odpowiednim miejscu i rybę można koszem zabrać do domu. Czy to leszcz czy płoć ,lin ,karp czy sandacz .Nie było dla nich tajemnic..
Tak wkradając się w ich łaski ,sam próbowałem szczęścia w wędkarstwie. Z początku by Im nie przeszkadzać sadzali mnie na starym wyrobisku wapiennym, a okolica znana była z wapienników.
I tak pilnując wędki nie przeszkadzałem Im w biczowaniu Pilicy . Przyszła i moja pora ,a płoć była tak wielka że gdy dostałem nią przez pysk ogonem to zdrowo to odczułem. I to był mój wędkarski chrzest. A nikt z nich do dziś nie wie że tej Płoci nie wyholowałem do ręki ale wyrwałem ją wodzie na siłę , że o mało łba nie straciła.
Od tamtej pory stosunki pomiędzy chłopakami a mną nabrały innego wymiaru. Już nie byłem z Łodzi ale prawie miejscowy. Dopuszczony przez to do tajemnic niedostępnych obcemu.
Naukę jaką wtedy przyswoiłem i to nie w teorii, ale popartą praktyką nie zapomnę nigdy.
Z perspektywy lat to dzięki tym Sulejowskim Łobuzom stałem się wędkarzem,.
Kontakt z nimi urwał się nagle ,a nic go nie zapowiadało. Ktoś z personelu doniósł że na koloni jest kierowca z synem ,i Ojca odwołano w trybie natychmiastowym do Łodzi. I mimo że to tylko 60 kilometrów ,to i tak była ta odległość dla mnie - astronomiczna.
Minęło kilkanaście lat. Dorosłem na tyle że spróbowałem nawiązać kontakt z Łobuzami z Sulejowa,. Niestety znałem ich z nad rzeki a nie z adresów ,a spotkać mogłem ich nad Pilicą nieraz --Tylko jak rozpoznać kogoś po latach.
Smutne wspomnienie i za gardło dusi . A myślałem że.... będzie to weselsza historia.
Nie, nic smutnego w niej nie ma ,to po prostu życie.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama