Kolejny raz w tym sezonie jesteśmy nad naszą Wartą. Ta krótka relacja z popołudniowej, jesiennej i w związku z tym bardzo krótkiej wyprawy, będzie połączeniem opisu określonej miejscówki rzeki oraz osobistych spostrzeżeń, jakie zostały zanotowane bezpośrednio w terenie. Przedostanie się nad rzekę poza miasto, po godzinach pracy, już samo w sobie jest sporym wyzwaniem. Dlatego też nie możemy sobie pozwolić na przypadkowość w wyborze miejscówek. Decyzja o tym, gdzie będziemy wędkować, zapada już w połowie tygodnia. Oczywiście jest ona poprzedzona wcześniejszym rekonesansem. Wybór pada na duży zakręt (zakole) na prawym, wklęsłym brzegu rzeki. Miejsce to zainteresowało mnie ze względu na kilka ciekawych czynników jakie mogłem przed wyprawą zaobserwować w tym rejonie. Mianowicie, w zakolu nie występuje tak charakterystyczna dla wielu miejscówek ławica rozgraniczająca warkocz od brzegu. Rzeka wchodząc w zakręt głównym nurtem najpierw napiera na niewielki przyczółek, następnie jakby wbija się w prawy wklęsły brzeg, aby po dobrych trzydziestu metrach dotrzeć do całkowicie rozmytej główki i wypłycenia, w rejonie którego uchodzi do rzeki z pobliskiej miejscowości hałaśliwy strumień. Sam napływ nie jest jednak bardzo agresywny, jednak co chwilę pojawiające się zawirowania na powierzchni wody, tak idealnie widoczne z wysokiej skarpy, mogą świadczyć o większej głębokości wody, a tym samym o wymarzonych stanowiskach ryb. Pomimo ciążącego na nas deficytu czasu zatrzymujemy się przy dwóch potężnych brzozach u nasady skarpy. Szykując nasze zestawy praktycznie nie odrywamy oczu od rzeki. Nie wiem teraz, ile myśli mówiących o stojących w łowisku drapieżnikach przebiegło przez moją głowę w ułamku czasu, ale do dzisiaj czuję ten dreszczyk emocji, jaki wywarła w tym dniu na mnie rzeka. Na dodatek, zanim kończymy montowanie zestawów, nasz wzrok przyciąga potężny chlupot wywołany spławieniem się ryby pod przeciwległym brzegiem. Wrażeń na początek dość. Zanim zrobiliśmy pierwsze kroki ku korytu rzeki wymieniamy jeszcze spostrzeżenia na temat ciekawego zjawiska, jakie obserwujemy w oddali na przeciwległym, wypukłym brzegu rzeki. Wyraźne załamanie wody, wychodzące dość głęboko do środka koryta nie może być przecież spowodowane, typową główką (ostrogą). Czyż nie jest to efekt powalonego potężnego pnia? A może to faktycznie nietypowa ostroga, potężny przelew, a może nawet przemiał, sam nie wiem? Sprawdzimy to następnym razem. Dwunasto i piętnastogramowe główki jiggowe pozwalają prowadzić nasze srebrne, białe i perłowe rippery przy samy dnie. Napływ okazuje się wolny od większych zawad w postaci zatopionych konarów, jednak obumarłego listowia jeszcze w rynnach pozostaje sporo. Obławiamy miejscówkę pod różnymi kątami. Zaczynając od godziny pierwszej, kończąc tuż przy samej piaszczystej skarpie, porośniętej gęstymi chwastami. Przejście na kolejne stanowisko możliwe jest tylko górą, a i tak trzeba przedzierać się poprzez gęste zarośla, wśród których dominują liczne karłowate krzewy młodej wierzby. Próbujemy szczęścia i pośrodku zakola rzeki, ostrożnie schodząc do lustra wody wąskimi ścieżkami wydeptanymi wśród traw. Docieramy do podwodnego przelewu przy ujściu strumienia. Tutaj zaraz za przelewem, na głębokości około metra znajdujemy pas jeszcze zielonej roślinności podwodnej. Jednak oprócz oznak ucieczki wypłoszonej naszymi przynętami drobnicy nie mamy kontakty z drapieżnikiem. Trudno, więcej czasu na eksperymenty już nie mamy, gdyż napływające chmury skracają i tak krótki dzień. Pora sklarować sprzęt, pokonać w półmroku dobry kilometr piaszczystej polnej, nadbrzeżnej drogi do asfaltu i oddać się marzeniom przed następną wyprawą.
Komentarze