Reklama

GODZINA ZERO

13/02/2011 19:49

„Kiedy patrzę hen za siebie w tamte lata, co minęły…” te słowa popularnej piosenki Janusza Laskowskiego przypomniały mi o pewnej wyprawie na Leszcza – nocą, a właściwie późnym popołudniem, ale do późna w nocy. Oczywiście najpierw przygotowania. Gotuję pęczak, pszenicę, ciasto z kaszy manny robię na parze. W międzyczasie – wieczorem – idę na rosówki. Pół słoika po ogórkach gwarantuje, że żywej przynęty nie zabraknie. Wcześniej przegląd sprzętu; wędka, żyłka, przypony, kołowrotek i haczyki. Wszystko razy dwa. Haczyków i ołowii gruntowych oczywiście więcej Do tego latarka, dzwonki, (bo mogę się zasiedzieć do północy albo i dłużej), preparat przeciw komarom (jest lato) i coś na ognisko.

To wszystko jest przygotowane dzień przed! Następnego dnia, tak około 16-stej wychodzę z domu i idę pieszo ponad 3 km nad Odrę, a dokładnie WYSPA PUCKA – most na Szosie Poznańskiej! To tu, przy filarach są (były) najlepsze miejscówki (minimalna ilość wędkarzy o tym wie). Są głębokie doły (pozostałość po odbudowie zniszczonego podczas wojny mostu – informacja od mojego Ojca, który przy odbudowie pracował po wodą w kesonach), w których żerują Leszcze i Węgorze. Oczywiście Jazgarze i Okonie również! Te dwa ostatnie są moim utrapieniem, bo nastawiam się na Leszcza, ale Węgorzem też nie pogardzę! Po 40 min. Docieram na miejsce. Moja „miejscówka” (dziś tak to się nazywa) jest wolna. Nikt, kto jest tu przypadkiem nigdy nie zajmie miejsca, kiedy ma za plecami drogą prowadzącą na drugą stronę WYSPY! Ale właśnie stąd mierząc dokładnie przy wyrzucie możemy mieć pewność, ze nasza przynęta trafi dokładnie w TO miejsce. To, które jest pewniakiem żerowania ryb.

Zanęcam pszenicą (żadnych kul zanętowych). Rozkładam wędki, zakładam na nie kołowrotki, ciężarek, wiążę przypon z haczykiem, zakładam rosówkę na jedną wędkę, na drugą Pęczak z ciastem z kaszy manny i zarzucam gruntówką zestaw tuż przy filarze mostu. Z drugą robię podobnie. Spytacie; gdzie koszyk zanętowy? Łowię bez niego. Po około pół godziny wpatrywania się w ostatnia przelotkę pierwsze branie. To ta z rosówką. Szczytówka wędki ugina się i drży. Dłonie delikatnie opuszczam w dół do wędki i… Jeszcze nie teraz. Zamarła w bezruchu. Nagle (znacie to, co teraz się dzieje) wędka podskoczyła na widełkach i coś mocno szarpnęło w dół. Krótkie, lecz zdecydowane – takie z nadgarstka – zacięcie i coś lekko idzie. Tak jakby bez ołowiu gruntowego. Ale nie coś jest. Nie coś, a DIABEŁ, czyli Jazgarz. Nawet, nawet! Taki ok. 15-18cm. Wiecie gdzie miał haczyk z rosówką? Gdzie(?!) - wiadomo w d…e. Odcinam przypon i rybka plum do wody. Dziś już nie weźmie. Wiążę nowy haczyk, zakładam rosówkę itp., itd. Na wędkę z rosówką, co jakiś czas wyciągam to Okonia to Jazgarza. Druga wędka jak zaczarowana ani drgnie. Co jakiś czas podciągam zestaw i sprawdzam. Wszystko jest. Nawet próbuję pęczak i ciasto. Mi smakuje, a rybką ni cholery. A przecież miejsce jest pewne i jeszcze nigdy nie zawiodło. Dorzucam pszenicy i trochę siekam rosówek, którymi też zanęcam.

Cisza! Słońce zaczyna zachodzić, a Krwiopijcy Komary wschodzić! Spryskuję się jakimś śmierdzącym preparatem w spray’u made in PRL albo ZSRR. Raczej to drugie. Cholera wie skąd to się wzięło w sklepie. Może „przyjaciele” ze wschodu testowali na nas nowy środek bojowy z dalekiego wschodniego frontu? W każdym razie na Krwiopijcach nie robiło to żadnego wrażenia. Chyba tylko takie, że wabiło wszystkie komary z okolicy! Za to na mnie tak, a właściwie na moich dłoniach. Każde najmniejsze zadrapanie piekło tak, jakbym trzymał dłonie w ognisku. Tak na marginesie to spryskałem tym „czymś” pobliskie chwasty, aby tam się zbiegły te małe wampirki. Efekty mizerne, ale za to chaszcze pozwijały liście i zwiędły. Dobrze, że miałem mydło. Wiadomo, że ręcznik i mydło każdy szanujący się wędkarz musi mieć na obowiązkowym wyposażeniu hehehe. W każdym razie przydało się. Ale wracam do wędkowania. Do zmierzchu na przemian; Okoń, Jazgarz, Okoń, Jazgarz. Zakładam dzwonki na szczytówki, bo już prawie nie widzę brań, a może ich niema? W każdym razie to był przełom w łowieniu.

Właśnie wybiła GODZINA ZERO! I się zaczęło. Ryby powariowały i mało co, ja też. Byłem sam, a te jak na komendę na dwie wędki biorą na raz. Biją dzwony - jak mówili przed wojną „na trwogę”. Ręce dwie wędki dwie. Z czegoś muszę zrezygnować. Rezygnuję z jednej wędki. Tej z rosówką. Uff teraz mogę spokojnie patrzeć, a właściwie wsłuchiwać się w dźwięk dzwoneczka. I co czary jakieś? Zero, brań. Pół godziny i nic. Postanawiam ponownie zarzucić drugą wędkę na rosówkę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki biorą. Wierzcie mi to nie bajki, to szczera prawda! Znowu mam dylemat. Rezygnuję z tej na pęczak i ciasto. Przestają natychmiast brać. Jako młody chłopak pewnie poszedł bym w cholerę dawno, ale miałem już dość spore, bo prawie 15 letnie (przełom lat 70-80) doświadczenie wędkarskie. Wędkarstwo uczy pokory i cierpliwości. Nie mylić z uspokojeniem. Bo jak ktoś kiedyś powiedział; „ten, co mówi, że wędkarstwo uspokaja – nigdy nie był na rybach”. I miał rację. Wracam do wędek. Postanawiam łowić na dwie, raz skupić się na jednej, raz na drugiej. I to był strzał w przysłowiową dychę! Na rosówkę złowiłem pięknego Węgorza i (dziś juz takich nie ma) Leszcza ważącego grubo ponad… Nie napiszę ile, bo nie uwierzycie. W każdym razie wówczas takie były na porządku dziennym, a dziś byłyby w pierwszej lidze rekordów. W tamtych latach rzadko kto zgłaszał medalowe ryby. Choćby z tego względu, że nie bardzo było gdzie. Było jedno pismo wędkarskie wydawane w minimalnym nakładzie, ale o nim dowiedziałem się po latach. Po gazetę codzienną stały kolejki, a takie pisma… Trzeba było mieć nie lada chody w Kiosku „RUCHU”. Zapomniałbym – na pęczak z ciastem duże tłuste Krąpie i parę Leszczy. Wracam pieszo do domu ok. trzeciej-czwartej nad ranem, pozbawiony chyba z pół litra krwi wyssanej przez Komary. Z tego wszystkiego nawet ogniska nie rozpaliłem, ale jestem wielce zadowolony.

Wspominając tę wyprawę chcę powiedzieć, że niekiedy trzeba zrezygnować z czegoś, aby coś osiągnąć. I na koniec. Chociaż od tamtego czasu minęło już 30 lat, to do tej pory jest dla mnie niezrozumiałe takie zachowanie (żerowanie) ryb. Nigdy więcej nic takiego mi się nie powtórzyło. Ani na Sławik, ani na grunt.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama