Gdy miałem dziesięć, może dwanaście lat, lubiłem po szkole chodzić z wędką nad Rudkę - niewielki dopływ Krzny. Rzeczka była naprawdę wąziutka, a na odcinku leśnym, który tak chętnie odwiedzałem, można ją było miejscami przeskoczyć.
Patrząc dzisiaj na takie łowisko, zdaję sobie sprawę, że nie było to zbyt atrakcyjne wędkarsko miejsce, jednak w tamtym czasie było moim ulubionym, bo potrafiłem tam coś złowić :)
Nie miałem wtedy zbyt szerokiej gamy przynęt - łowiłem na czerwone robaki lub ciasto z chleba i ziemniaka. Moim "łupem" przeważnie były kiełbie i okonki, czasami zdarzyła się płotka. Wiedziałem jednak, że są tam inne - o wiele większe ryby. Łowił je pewien leciwy dziadek. Zawsze przyjeżdżał rowerem w to samo miejsce. Do dziś pamiętam, że woził związany razem z wędką, wystrugany "widelec", który służył mu za podpórkę do roweru. Siadał nieco poniżej mnie, więc doskonale widziałem jakie ryby łowi. Były to przeważnie piękne płocie, czasami zdarzały się ryby o wiele większe - srebrzyste z krwistoczerwonymi, widocznymi z daleka płetwami. Dziś domyślam się, że były to klenie lub jazie - wtedy nie wiedziałem. Dziadek ów siedział zawsze w bezruchu. Jego spławiczek z korka i stosiny pióra kołysał się niemal przy samym brzegu, gdy z westchnieniem pochylał się nad wędką, wiedziałem, że zaraz coś zatnie. To moje podglądanie trwało sporo czasu, zżerała mnie ciekawość, jednak nie śmiałem podejść by zapytać - jak On to robi.
Przypadek chciał, że pewnego popołudnia zjawiłem się nad rzeką nieco wcześniej niż zwykle. Idąc nadrzeczną ścieżką na swoje miejsce, natknąłem się niespodziewanie na swojego "znajomego". Klęczał na brzegu rzeki i szukał czegoś w wodzie. Dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od nieśmiałości. Stanąłem obok i zacząłem przyglądać się co ten człowiek robi. Widocznie mnie zauważył, bo nie oglądając się nawet w moją stronę, zagadnął coś w stylu: "... tu zawsze jest ich sporo, jeśli chcesz to możesz ich sobie nazbierać do woli...". Nie miałem pojęcia o czym On mówi, ale podszedłem bliżej i kucnąwszy obok, zacząłem przyglądać się wodzie nie wiedząc co mam sobie zbierać. Zobaczyłem jak wędkarz co chwila wyjmuje jakieś patyczki, ogląda je przez chwilę i wrzuca bądź do drewnianego pudełka, bądź z powrotem do wody. Byłem zupełnie zbity z tropu, ale twardo patrzyłem w wodę udając, że czegoś szukam. Po chwili znów zagadnął, nie patrząc na mnie: "... i co - prawda, że jest ich tu zatrzęsienie?... najlepsze są te żółte i zielone..." Tym razem nie wytrzymałem mówiąc, że ja nic nie widzę.
Wędkarz podniósł się z kolan, popatrzył na mnie, z politowaniem się uśmiechając i powiedział. Tak myślałem - Ty łowisz na robaki". Zastrzelił mnie wtedy. Skąd może wiedzieć na co łowię skoro nigdy nawet się do mnie nie odwrócił. "... widziałem jak rozkopałeś ziemię wokół swojego miejsca..." - ciągnął dalej. Wtedy sięgnął po swoje drewniane pudełko i skinął na mnie przywołując do siebie. " To są kłódki - najlepsza przynęta na wszystkie ryby..." Popatrzyłem na dno pudełka i zobaczyłem jakieś patyczki - o dziwo ruszały się. Stałem jak wryty, nie mogąc zrozumieć na co w ogóle patrzę. Wtedy mój nowy znajomy wziął jedną z owych "kłódek" i naciskając z jednej strony, z drugiej wyjął białego ohydnego robala. Nie mam pojęcia jaką zrobiłem wtedy minę, ale możliwe, że wyglądałem, jakbym zobaczył czary.
Gdy trochę doszedłem do siebie, wędkarz pokazał mi jeszcze jak ich szukać, jak osłaniać sobie lustro wody dłonią, by nie przeszkadzało mi odbicie światła. Gdy już kilka sam znalazłem, pokazał jak je zakładać na haczyk, a na koniec wskazał mi miejsce, w którym powinienem spróbować łowić...
Do dzisiaj chruściki są moją ulubioną wiosenną przynętą i do dziś szukam ich osłaniając lustro wody dłonią... :)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze