Pogoda w maju nas nie rozpieszcza, ale nas wędkarzy wcale to nie załamuje. Początek miesiąca był bardzo chłodny jednak teraz znowu jest pięknie, więc była to dla mnie bardzo duża motywacja do tego aby zaplanować kolejny wyjazd na rybki. Dzień wcześniej zająłem się szykowaniem wędeczek oraz zakupiłem odpowiednią zanętę i robaczki – oczywiście białe! Wyjazd zaplanowałem na 10 maja – pogoda również na ten dzień zapowiadała się dość obiecująco! Na łowisku pojawiłem się około godziny 8 – całe szczęście „moja miejscówka”, na której ostatnio miałem tyle szczęścia była wolna – więc nastawiło mnie to bardzo optymistycznie do tego, że połów może być bardzo udany!!! Na początek zająłem się przygotowywaniem zanęty. Na leszczyka o tej porze najlepiej sprawdza mi się zanęta trapera na rzekę, którą stosuję jako bazę, a do tego dodaję trochę zanęty płociowej oraz płatki owsiane i kukurydzę. Na pół kilo takiej zanęty dodaję jeszcze dodatkowo jedno pudełeczko białych robaczków lub pinki. Następnie zacząłem rozkładać wędki i uzbrajać je w koszyczki. Od mojej ostatniej wizyty na tym łowisku woda opadła dość wyraźnie i nie było już tak silnego nurtu, więc zastosowałem koszyczki z obciążeniem 80 gram - w zupełności mi to wystarczyło gdyż po zarzuceniu zestawy nie spływały. Przygotowanie do połowu zajęło mi jakieś 30 minut – około godziny 8.30 zestawy lądują w wodzie. Przez godzinę nic praktycznie się nie dzieje – kompletna cisza! Postanawiam zmienić co nieco moje zestawy – skracam przypon na jakieś 20-25 cm i zakładam zdecydowanie mniejsze haczyki o rozmiarze 6 firmy gamakatsu! Po zarzuceniu zestawu nie trzeba było czekać długo na efekty. Po upływie około 15 minut mam pierwsze branie i uwielbiany przez nas wszystkich „grunciarzy” dźwięk dzwoneczka – jest!!! – melduje się pierwszy leszczyk, może nie największy ale to już zawsze coś – wymiar leszczyka to 40 – 50 cm i jakiś 1 kg wagi. Odetchnąłem z ulgą bo martwiłem się, że dzisiejszy wyjazd będzie już nie udany, ale jak to się mówi - nigdy nie wolno się poddawać. Zarzucam kolejny raz i kolejne branie mam już po upływie 15 minut – kolejny leszczyk podobnych rozmiarów. Pomyślałem sobie, że Jest już z czym wracać do domu – i jak to się mówi „obiad gotowy”! W ciągu 1 godziny miałem jeszcze 4 brania ale niestety miałem znacznego pecha gdyż podczas holowania ryb, jakieś 2 mery od brzegu ryby niestety zaczęły mi się spinać . Troszeczkę mnie to podłamało, ale nie poddawałem się. Od godziny 12 do godziny 15 niestety brania ustały. Wszystko spowodowane było tym (tak mi się wydaje ), że woda na Narwi strasznie opadła po tym jak zamknęli śluzę na tamie w Dębe. Wszystko powróciło do normy po godzinie 15. Oczekiwałem na to branie dość długo, ale warto było czekać. Na moim zestawie melduję się piękna płoteczka dość okazałych rozmiarów – ma jakies 25-30 cm i 0,4 kg wagi ! Na kolejne branie znowu czekałem ok. godziny! Kolejny hol zakończył się złowieniem dość ładnego leszczyka – po zważeniu miał jakieś 1,5 kg. I na tym zakończyłem swój pobyt nad wodą w tym dniu – uważam kolejny wyjazd jako udany – oby więcej takich połowów – szkoda tylko tych ryb, które mi się spięły! Opuszczając łowisko stwierdziłem, że nic straconego i swój powrót zaplanowałem już na rano kolejnego dnia! Zameldowałem się nad wodą około godziny 5! Nie miałem zbyt dużo czasu - 4 godziny mogłem przebywać nad wodą, gdyż na dłuższy pobyt nie pozwoliły mi „obowiązki domowe”. Ale czas spędzony tego dnia o poranku nad wodą również był bardzo atrakcyjny pod względem pięknego wschodu słońca – gdyż rybki jakoś nie chciały tego dnia ze mną współpracować. Połowy zakończyły się jednym braniem podczas którego wyholowałem leszczyka o łącznej masie 1 kg - dobre i to! Na pewno wrócę nad wodę bardzo szybko – już nie mogę się doczekać kolejnego wyjazdu…….
Komentarze