Reklama

Kwietniowe płotki

14/04/2013 22:15

Wczorajsze wieści znad wody nie były zachęcające. Poziom bardzo wysoki, woda brudna...
Niemniej miałem już robactwo, miałem zanętę, pszenica i pęczak też zaparzone - postanowiłem pojechać i nawet nad bezrybną wodą posiedzieć i odpocząć. Na miejscu jestem po dziesiątej. To co zobaczyłem docierając do łowiska przebiło najśmielsze wyobrażenia. Woda równo z brzegiem, na powierzchni mnóstwo zeszłorocznej trawy, gałęzi i śmieci. Skoro jednak przyjechałem, to nie odwrócę się na pięcie, tym bardziej że pogoda fajna. Postanowiłem poszukać jakiegoś płytkiego, spokojnego i nasłonecznionego miejsca i w takim posiedzieć chwilę. Znalazłem w końcu coś w miarę odpowiedniego, sprawdziłem głębokość i tak jak podejrzewałem - czterometrowa matchówka to było za mało by złapać grunt stałym spławikiem. Przeszedłem się brzegiem w jedną i w drugą stronę i w końcu znalazłem wypłycenie kilka metrów od brzegu. Było tam jakieś 3,80m.
Nad tym miejscem rozłożyłem sprzęt i zacząłem mieszać zanętę. Kilogram Płoci Black Lorpio, mała paczka pinki, garść pęczaku, druga pszenicy, trochę ziemi z kretowiska, a wszystko zaprawione wodą w której parzyły się ziarna.
Zestaw zarzuciłem przed jedenastą. Po godzinie kompletnej ciszy domoczyłem zanętę, naszpikowałem porządniej ziarnem i pinką i niemal wszystko wsypałem na moje wypłycenie, odświeżyłem przynętę na haczyku i zarzuciłem zestaw. Postanowiłem posiedzieć jeszcze godzinę i jeśli nic sie nie wydarzy - wracać do domu na mecz Śląska :) Pierwsze nienaturalne zachowanie spławika marnuję. Nienaturalnym było to, że przez chwilę spławik przestał się kołysać na fali i jakby znieruchomiał. Po kwadransie identyczne zachowanie i znowu pudło. Sprawdzam przynętę - nietknięta. Czyżby zestaw oparł się o dno? Patrze na mój prywatny wodowskaz i widzę, że rzeczywiście woda opadła kilka centymetrów. Opuszczam spławik o 10 cm i posyłam zestaw do wody tym razem w pełnej gotowości. Teraz spławik nie zawiesza się, a po prostu znika. Zacinam i czuję porządną rybkę. Po dłuższym holu ląduję medalową płoć.
Po jakichś 30 minutach następna płotka tym razem 30+. Trzecie branie znowu jakies pół godziny później. Nie wiem co zassało moje pinki, ale nie była to płotka. Ryba dała sie podnieść pół metra nad dno, a potem ruszyła z takim impetem, że mogłem tylko patrzeć jak ubywa żyłki. Co ciekawe w tym momencie nie martwiłem się tym, że jej nie wyholuję (to było dziwnie oczywiste). Bardziej martwiła mnie wizja, że ryba wyciągnie całą żyłkę, której niewiele było na podlodowym kołowrotku i w ten sposób zakończy moje łowienie. Na szczęście dość szybko rybka się wypięła. Niestety trochę mi narozrabiała na miejscówce i brania zanikły. Zanęta w wiadrze skończyła się, wyciągam więc rezerwową Czerwona Płoć Trapera i znów porządnie zasypuję wypłycenie. Po kilkunastu minutach delikatne branie. Zacinam, ryba idzie ostro, ale jakoś inaczej. Czuje jednak, że to żaden potwór, po chwili na brzegu ląduje piękny krąp.
No dobra, ale gdzie są moje płocie? Kolejne branie mam kilka minut później - myslałem, że znowu spudłowałem, a jednak nie - na haczyku wisiał kilkucentymetrowy okonek. Dosyć tego - pinka idzie w odstawkę, a na haczyku ląduje goła pszeniczka. Następne branie po kwadransie - płoć 30+, potem następna podobna i jeszcze jedna, aż za którymś razem zacinam lokomotywę, która zachowuje się jak płoć. Holuje ostrożnie, pozwalam jej na niemal wszystko. Walczy przepięknie i w końcu widzę cień ryby pod wodą. To nie może być płoć! Ostrożnie przeprowadzam rybkę przez pas przybrzeżnych śmieci i ląduję na brzegu. A jednak to płoć! Przykładam miarkę i czuję jak pod czapką adrenalina zaczyna walić w podsufitkę. Miarka pokazuje 43,5 cm. To mój nowy rekord. Dalsze łowienie jest już tylko echem tego co się właśnie zdarzyło, mimo, że doławiam jeszcze kilka płoci 30+.
Ryby pojawiły się nagle i równie nagle zniknęły. O 18-ej było po zawodach. Słońce schowało się za granatowe chmury, zaczęło wiać tak mocno, że mój ekwipunek rozleciał się po brzegu. Złożyłem kij i pojechałem do domu.
Nad wodą byłem jakieś osiem godzin. Przez ten czas złowiłem krąpia, okonka i kilkanaście płoci, z których tylko dwie nie miały 30cm (28 i 29). Łowiłem na powodziowej wodzie, lokując zestaw kilka metrów od brzegu w miejscu po którym przy normalnym stanie spaceruję ze spinningiem :D
Jaki z tego morał - nie ma złej pogody na ryby, nie ma za wysokiej czy za niskiej wody. Trzeba być tylko cierpliwym i mieć trochę szczęścia. Do mnie się ono dzisiaj uśmiechnęło :D

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama