Dzwoni telefon. Po drugiej stronie słyszę znajomy głos Paszczaka – mojego kompana z wielu zasiadek i wypraw wędkarskich. Pyta o sukcesy podczas wczorajszego wędkowania. Dwa liny – odpowiadam. Wyraźnie zachęcony piękną pogodą i zapewne również uaktywnieniem się wiosennych linów postanawia, że wsiada na rower i jedzie na zaporówkę Raduni.
Zbliża się południe a ja coraz częściej rozważam czy nie dołączyć do Paszczaka, nie miałem w planach tego dnia jechać na ryby, ale plany weryfikuję w ciągu kilku minut i już siedzę w samochodzie i kieruję się na łowisko. Sprzęt miałem w samochodzie, zanęty i przynęt zostało mi z wczoraj więc nawet nie musiałem się pakować i około czternastej jestem na miejscu. Widzę kolegę. Siedzi około trzydziestu metrów poniżej mojej wczorajszej miejscówki. Rozkładam się obok niego z dwoma feederami.
Nie muszę pytać bo po jego minie widzę, że chyba nie biorą. Nie załamujemy się jednak, bo wiemy, że to łowisko słynie z popołudniowej aktywności ryb. Jest to zbiornik zaporowy przy elektrowni wodnej więc wiele zależy od otwarcia śluzy oraz ruchu i poziomu wody. Woda stoi i jest bardzo niska więc nie liczymy na wiele ale wpatrujemy się w nasze szczytówki i korzystamy z pieknej pogody. Od czasu do czasu przerzucając zestawy czeszemy niewielki akwen obserwując wodę.
Wielokrotnie siedziałem tam z wędką i zauważyłem, że otwarta śluza pobudza ryby do żeru, ale to nie jest wielkie odkrycie, bo o tym prawie każdy wędkarz wie, że woda płynąc podnosi drobne skorupiaki i inne przysmaki z dna. Czekamy więc z utęsknieniem na otwarcie śluzy rozmawiając o tym gdzie pojechać na początku maja na zębatego szczupaka.
No i w końcu się doczekaliśmy, woda się podnosi – puścili na wyżej położonej śluzie i pewnie zaraz u nas otworzą aby przepędzić setki metrów sześciennych wody przez turbinę elektrowni. Poszła woda w ruch – uśmiechamy się do siebie i z niecierpliwością wpatrujemy w szczytówki naszych feederów.
Jeden z moich to nowiutki jeszcze nie przechrzczony holem żadnej ryby Mikado Trython Fedder 390. Mam ogromną chęć wyholować pierwszą zdobycz na nową wędkę i zobaczyć jak pracuje. Mijają minuty za minutami a brań jak nie było tak nie ma. Zaczynam poważnie zastanawiać się nad zmianą miejscówki. Może pójdziemy wyżej, tam gdzie wczoraj złowiłem te liny – mówię do kolegi. On mało zainteresowany moim pomysłem postanawia zostać a ja biorę wiadro z zanętą oraz moje siedzisko, które pełni zarazem funkcję skrzyneczki na drobny sprzęt wędkarski i kieruję się na wczorajszą szczęśliwą skarpę. Po wędki zaraz przyjdę – mówię i oddalam się. W połowie drogi słyszę za plecami wołanie… Wracaj i podbierz mi rybę! Zawracam w jednej chwili i biegnę pomóc koledze. Co widzę?
W ręku Paszczaka moja nowa wędka wygięta jak łuk, a na płyciźnie wielka złota łopata leży bokiem i czeka na podebranie. Leszcz ląduje na brzegu, a ja zaczynam rzucać dość dosadnymi określeniami swojej decyzji o zmianie miejsca. Zachciało mi się wędrówek, to mam za swoje. Na moją nową wędkę został złowiony leszcz, który byłby moim rekordem życiowym. Mierzył pięćdziesiąt pięć centymetrów i ważył dwa i pół kilograma. Gratuluję koledze holu, i przetestowania mojego nowego feederka i wściekły wracam do wędkowania. Nie myśląc już o zmianie miejsca zapalam papierosa i gapię się na szczytówki z nadzieją na kolejnego złotego leszcza.
Tego dnia udało nam się złowić jeszcze jednego leszczyka oraz trzy liny, ale żadna z tych ryb rozmiarami nawet nie zbliżyła się do naszego wspólnego leszcza. Mam teraz nauczkę, że nie należy odchodzić od wędek i kombinować ze zmianą wcześniej wybranej miejscówki.
Komentarze