Oglądam prognozę długoterminową. Od dwóch dni odwilż i zapowiadają ją jeszcze do końca przyszłego tygodnia. Jestem pewien, że odwołają podlodowe zawody okręgowe, które mają się odbyć za tydzień. Mogę z czystym sumieniem zaprosić moich znajomych ze studiów (już ponad 6 lat minęło od ich zakończenia). Wiedzą, że jestem zapalonym wędkarzem, więc i na coś z rybki będą liczyć (a najlepiej ze złapanej przeze mnie). Jutro z rana pojadę na Zuzinów, tam można najpewniej złapać leszczyki 25-30 cm, w sam raz na kotlety mielone. Wędkarzy w sposobie zachowania się do złapanych ryb można podzielić na trzy kategorie: na tych, którzy uznają tylko zasadę złap i wypuść, na prawie kłusowników – biorą wszystko co popadnie do wora (niby dla kota, albo, że za dużo jest tego gatunku w akwenie) i na uznających złoty środek – takich jak ja (tzn. jak ma się chęć na rybkę to bierze się jej tyle ile potrzeba, nadmiar wypuszcza się z powrotem do wody) . Dla drugiej kategorii mam pogardę, dla pierwszej uczucia mieszane. Śmieszy mnie podkreślanie co chwila, że ryby „oczywiście trafiły zdrowe z powrotem do wody”. Wiadomo, podejście „złap i wypuść” należy często stosować ale nie za wszelka cenę. Spotkałem się nawet z tak kategorycznym podejściem, że rybę można kupić w sklepie a nad wodą to jest czysty sport, gdzie wszystkie ryby trzeba wypuścić. Jeśli mam wybór: przeznaczyć 50zł na wyjazd na ryby, czy na rybę w sklepie, wolę to pierwsze. Zresztą jest to temat rzeka i być może poświęcę temu inny artykuł. Wracając do wypadu na Zuzinów. Na drugi dzień (5 lutego) wstawałem godzinę rozmyślając nad pogodą i warunkami nad jeziorem. To był trzeci dzień odwilży, deszczu i bardzo silnego wiatru. W końcu się zebrałem. Wziąłem linę asekuracyjną i miałem tylko nadzieję, że będą jacyś wędkarze (mam zwyczaj, że na niepewny lód nie wchodzę, gdy na lodzie nie ma nikogo). 40 minut jazdy i jestem na miejscu. Przede mną zaparkował samochód. Zauważyłem, że nikogo na lodzie nie ma, wiał porywisty niemiły wiatr. Z samochodu wysiadło dwóch wędkarzy i z uśmiechem do mnie zagadało: „widzimy, że nie tylko my jesteśmy wariatami”. Po zbadaniu stanu lodu zaczęliśmy łowić. Dołączyło się do nas jeszcze trzech wędkarzy. Po kwadransie nawet doszła jeszcze Państwowa Straż Rybacka. Stwierdzili, że jestem jednym z nielicznych, którzy maja poprawnie wypełnione dokumenty (chodziło o wpis łowiska do rejestru przed wędkowaniem). Wiatr wiał taki, że dosłownie wiadra latały po lodzie. Swoje przeplotłem przez wwiercony w lód świder. Jednak brania na latającym na wietrze kiwoku były trudne do zauważenia. Zresztą przez pierwsze pół godziny nic nie brało. Przede mną jeden z wędkarzy złapał już 3 leszczyki. Stwierdziłem, że ryby żerują bliżej brzegu. Przeniosłem się. Pierwszy rzut na tzw. leniucha (trzeba było wyczuć czy kiwok podnosi wiatr czy leszcz) i jest kaleczniak. Złota mormyszka plus 3 ochotki okazały się skuteczne. W dwie i pół godziny złapałem 26 leszczyków, w sumie 4kg. Jak na takie spartańskie warunki, byłem z połowu zadowolony. Tym bardziej, że miałem materiał na wymarzone dla gości kotlety rybne (przepis wziąłem z portalu wedkuje.pl).
Komentarze