W końcu wyjazd na szczupaka!
Leszczowa nocka przy świetlikach i kawie ma swój urok, można odpocząć i się wyluzować. Dla mnie jednak, nie ma porównania z łódką, spinningiem i szczupakiem. Tym razem wybór łowiska nie był oczywisty. Oczywiste było jedno, nie jedziemy tam gdzie zawsze. O wyborze łowiska zdecydował kumpel Roman wraz z Andrzejem, u którego byliśmy gościnnie na łódce. Sama łódka była spora, z płaskim dnem i miejscami do siedzenia. Można było wygodnie rzucać bez wchodzenia sobie na wzajem na głowę. Na tym łowisku nie łowiłem od około roku, ale zapamiętałem je jako jedne z lepszych łowisk szczupakowych w regionie. Po dojechaniu na miejsce, pierwszą rzeczą jaka skupiła naszą uwagę był rój meszek. Małe wredne, gryzące i przylepiające się do wszystkiego owady, przypominające muszki owocówki. Na początku było śmiesznie, żartowaliśmy kto więcej zje, ale z czasem uśmiechy nam poznikały, a tempo wodowania łódki i pakowania do niej sprzętu, wyraźnie wzrosło.
Akumulator podłączony, silnik pracuje, płyniemy!
Rzut okiem na wodę, gdzieniegdzie tafla, w oddali lekka falka. Warunki dobre. Na łowisko docelowe mieliśmy kawałek, więc rzuciliśmy sobie wędki na troling. Łódka z wolna przemykała wzdłuż trzcin, co jakiś czas tylko odbijając na otwartą wodę w celu ominięcia zestawów innych wędkarzy. Roman łowił standardowo na swojego woblera przypominającego szczupaka, Andrzej na starą wahadłówkę, a ja na srebrną obrotówkę, własnej produkcji. Po jakimś czasie, gdy mieliśmy zwinąć zestawy, w Romana wobler uderzył pistolet, taki z 40 cm. W końcu coś się zaczyna dziać - pomyślałem. Nic bardziej mylnego, poranek zakończył się na tym jednym maluchu. Czas na kawę i chwilę przerwy. Dumaliśmy nad przyczyną takiego stanu rzeczy, bo żaden z nas nie spodziewał się tak słabego wyniku o poranku. W końcu postanowiliśmy przenieść się pod drugi koniec jeziora. W drodze na łowisko, oczywiście troling. Miejscówka z mojego pomysłu także nie obfitowała w ryby. Jeden pocięty ogonek i to wszystko. Kombinowaliśmy tak jeszcze kilka godzin, aż do popołudnia. Wtedy postanowiliśmy wrócić na stare miejscówki. W pewnym momencie w odległości kilkunastu metrów od łódki, woda się zagotowała. Dziwne było, że nic poza drobnicą nie wyskakiwało nad wodę. Rzucamy, jak na komendę wszystkie zestawy poszły w wodę. Po kilku sekundach, wędka Romana wygięła się, a na jego twarzy pojawił się uśmiech radości. Siedzi! Zwinąłem swój zestaw i uruchomiłem kamerkę. "Chyba nie jest za duży" - powiedział Roman. Dopiero po chwili zobaczyliśmy, że zamiast szczupaka, na haczyku siedzi okoń! Piękny pasiak, dawał o sobie znać, szarpiąc się na boki. Chwilę później udało mi się go jednak podebrać. Piękny czterdziestak, uderzył na sprawdzonego woblera. Pokazywałem go w poprzednim filmie, ma już na swoim koncie także metrówkę.
Wszyscy mieliśmy wielkie oczy, bo na tym łowisku okonia jest niewiele. Kilka lat temu, złowiliśmy podobnego, ale od tamtej pory, łowione były same szczupaki.
Jeszcze chwilę obrzucaliśmy, licząc, że może coś jeszcze się trafi. Niestety pusto. Akumulator juz powoli siadał, a popołudnie powoli zmieniało się w wieczór, więc postanowiliśmy kierować się do miejsca startu. Andrzej zmienił przynętę na małą rapale i po chwili trafił pistoleta. Podobnej wielkości co ten Romka. Mi kolejna sztuka pogryzła ogonek i przy łódce odpłynęła. Cóż taki los...Jak dodam, że przed samym wyjazdem złamałem szczytówkę w swoim kiju to pozostanie tylko obraz nędzy i rozpaczy.
Wyjazd oceniam jako słaby, nie uratował go nawet ten okoń, ale kto nie trzyma przynęty w wodzie ten nie łowi ryb. Kolejnym razem będzie lepiej...Musi...
Zapraszam na relację wideo.
Połamania!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze