Miodowe łakomczuchy Będzie padało lub nie będzie? To pytanie było jak najbardziej zasadne praktycznie od początku parnego poranka. Jednak to, co zrobiła temperatura około południa, dawało wszelkie przesłanki do porządnej burzy. Parnota i dosłownie żar z nieba oraz silne wypiętrzenia cumulusów nic dobrego nie wróżyły. Co tu robić, kiedy nieudana zasiadka nad Cybiną w poniedziałkowe popołudnie stoi mi cały czas przed oczyma? Pogoda dołożyła mi jeszcze podczas prawie godzinnego powrotu z pracy, kiedy to komputer pokładowy samochodu pokazywał cały czas w granicach 30°C. Postanawiam spokojnie zjeść obiad, jednak co chwilę patrzę w niebo obserwując najmniejsze zmiany w kształtach chmur. Przemieszczam się z jednego okna do drugiego i w końcu o 17.30 prawie krzyknąłem do żony „Jadę”. Uploaded with ImageShack.us Szybko do auta i o 18.15 mam już swoją boloneczkę ustawioną na łowisku. Trochę tu podsypałem w poniedziałek Sensasem linowym z ziemią, donęciłem nakręconymi kuleczkani z ciasta z kaszki mannej, więc może właśnie dzisiaj….? Miejscóweczka jest pięknie osłonięta od słońca i nawet teraz po południu, kiedy słońce jeszcze solidnie praży, na moim miejscu jest błogi półcień, a orzeźwiające powietrze ciągnie od rzeczki. Uploaded with ImageShack.us Po piętnastu minutach oczekiwania mając na haku najpierw ciasto, później białego z casterem (taki casterkowy pop up) na rozkładzie pojawia się ładna wzdrążka. Branie było konkretne na tyle, że solidnie zakołysało zestawem spławikowym ustawionym na lekką przystawkę. Po chwili emocje opadły i nastąpiło półgodzinne bezrybie. Uploaded with ImageShack.us Trochę kłopotu sprawiać mi zaczęła powoli rozwijająca się roślinność denna. W momencie jak w rejonie łowiska zaczęły pojawiać się gęstsze bąbelki, sytuacja zaczęła mnie trochę irytować. W pewnym momencie przypominam sobie, w jakiej sytuacji wyciągnął swojego medalowego karasia Ryszard (TROC) w ubiegłym roku. Szybko zmniejszam grunt do przepływanki z przytrzymaniem. Dwie śrucinki winduję pod spławik, następne dwie zsuwam do przyponu w odstępie 5cm. Jak poprzednio żyłeczka w zestawie ustawiona zostaje na długość wędziska. Przypomniał mi się jeszcze stary trick w układaniu lekkiego zestawu float z kołowrotkiem w warunkach ograniczonych możliwości manewru wędziskiem. Chwytam więc palcami lewej ręki żyłkę w okolicach pierwszej dolnej przelotki, odciągam żyłkę od wędziska, skracając tym samym zestaw poza wędziskiem i płynnym ruchem w prawo wstecz, następnie w lewo w kierunku miejsca nęcenia, praktycznie bezszelestnie, lokuję zestaw w łowisku. Spławiczek leniwie przesuwa się jeszcze kilkanaście centymetrów z prądem rzeczki, aż do wyprostowania żyłki głównej i praktycznie zastyga w bezruchu. Odpowiednio ustawione śruciny, stosownie do wolnego prądu i niewielkiej głębokości łowiska robią swoje. Nad powierzchnią lustra wody pozostaje tylko kilkucentymetrowa antenka. Od tego momentu w przeciągu kilku następnych minut dzieje się wiele. Najpierw następuje milimetrowe przytopienie spławika z lekkim odjazdem w kierunku nurtu, następnie dosłownie milimetrowe podniesienie i zestaw znika pod wodą. Zacięcie mam już opanowane nawet na sytuację pustego brania, a wszystko po to, aby nie strzelić w gałęzie olchy, która raczej nie wybacza błędów. Tym razem Konger Spirado Tele Short 480/40 pokazuje co jest wart. Wędka o akcji szczytowej bierze na pierś opór zaciętej ryby, wyginając się w piękną pół parabolę. Sekundę później, podczas ucieczki ryby pod drugi brzeg, zagrała szpula Daiwy Harrier Match. Zamierzam podnieść aparat foto do ręki i nakręcić walkę z ryba, ale moje zapały studzi natychmiast przypomnienie, że na przyponie, ostatnim przyponie gotowym, mam węzełek. Od tego momentu wszelkie zmysły skupiają się na pilotowaniu i kontrolowania odjazdów ryby. Dopiero przy pierwszej próbie doprowadzenia do podbieraka widzę, że jest to ogromny karaś. W promieniach słońca widzę wielką łuskę, mały łepek i szerokie cielsko, to on. Cwaniak z tego karasia większy jak amur. Pomimo długiej sztycy podbieraka zawodniczego, kolejne próby wprowadzenia do małego kosza karaś kwituje solidnymi uderzeniami ogona i kolejnymi odejściami. Dopiero jedna z powolnych prób pobrania świeżego powietrza, pozwala mi na podniesienie trofeum. Jest duży, jaki duży, na pewno piękny, złapany na ciasto z kaszki, barwione kurkumą i zaprawiane miodzikiem. Dobrze, a nawet bardzo dobrze, tak właśnie miało być. Uploaded with ImageShack.us Po chwili nie wierzę miarce i wadze, które wskazują na 41 cm długości i 1,53 kg wagi. Radości było wiele, jednak do czasu, kiedy w łowisko wpłynęła na żer, niczym niedająca się odpędzić kaczuszka. Uploaded with ImageShack.us Raz ja trochę odgoniłem przed nurkowaniem i wybieraniem z niewielkiej głębokości mojego ciasta, za drugim razem już wisiała na haku. Narobiła tyle hałasu, że szok. Podniesienie ptaka i uwolnienie z zestawu trwało szybko. Uwolnione ptaszysko nie dawało się już więcej prosić o opuszczenie łowiska i samo popłynęło, chyba bardziej szczęśliwe z zakończenia akcji jak ja, z leniwym prądem rzeczki. Uploaded with ImageShack.us Po tym incydencie, pomimo faktu, że z chwilą jak słońce dotknęło swoją tarczą szczytu trzcinowisk, spadła temperatura, a ptactwo i woda jakby dostały drugie tchnienie, rybka już nie podeszła. Trudno, pora jednak kończyć. Uploaded with ImageShack.us Donęciłem trochę swoim ciastem łowisko i szczęśliwy około 20.30 spakowałem swój sprzęt i udałem się do domeczku. Oj, piękne to było popołudnie, piękne.
Komentarze