Reklama

Moje otwarcie sezonu wędkarskiego 2011

18/02/2011 11:13
Moje otwarcie sezonu wędkarskiego 2011r.

Minął sylwester i większość wędkarzy zaczęła myśleć o opłatach na nowy rok Ja dodatkowo czekałem na mój drugi sezon pstrągowy. Przyszedł luty i zaczęło się we mnie „gotować”. Przecież to już. Wszystko przygotowane. Można zaczynać! Nie byłoby problemu gdybym mieszkał w krainie tej pięknej rybki. Wypad nad wodę, nawet przy krótkotrwałej poprawie pogody, możliwy praktycznie w każdej chwili. A tak, dość duża odległość która nas dzieli (pstrągi i mnie), znacząco utrudnia finalizowanie nawet wcześniej planowanych wypraw. Tak ważne elementy jak stan i wygląd wody, pogoda – urastają w tej sytuacji do rozmiarów informacji bardzo niepewnych. To sprawia, że każdy wypad obarczony jest sporym ryzykiem.

Planowałem rozpoczęcie sezonu na 5 lutego. Aura te plany skutecznie zweryfikowała. Ale udało się już za tydzień. Czas zarezerwowany. Żona ugadana. Wszystko dopięte. Zapracowany Grzegorz nie może mi towarzyszyć w wyprawie. Pomógł mi za to dokonać stosownych opłat. Jak wiecie, na 2011r., Okręg Mazowiecki nie popisał się w temacie porozumień. Wyjazd ustalony na godzinę 6:00 w sobotę (od trzeciej już nie śpię - Wy też tak macie?) Wiatr mocno wieje, pada śnieg. Temperatura -2oC.
Jechać czy nie? Leżę i dumam. Wstaję, patrzę przez okno. I tak kilka razy. No i wydumałem. Po co wiercić się w łóżku i przeszkadzać żonie spać. Męska decyzja – jadę.

Kanapki, termos z herbatą i ruszam o godzinie 5:00. Ujechałem ze 20 km. Śnieg pada coraz większy. Bardzo silny wiatr buja samochodem. Cholernie ślisko. Sprawdzam jak trzymają hamulce. Przy lekkim przyciśnięciu pedału już działa ABS. Nie przekraczam 60 km/godz. Za duże ryzyko. Pomyślałem sobie – „Stary i głupi. Gdzie ty się pchasz w taką pogodę”. Po kolejnych kilometrach wraca otucha. W okolicach Białobrzegów nie ma śniegu.
- Jest dobrze – pocieszam się.
O 7:30 spotkanie z Grzesiem. Powitanie. Odbiór dokumentów.

Tutaj znów pada śnieg i mocno wieje. Pomimo, że Grzegorz nie jedzie to nie widzę w jego oczach żalu. Choć tego nie pokazuje, pewnie się dziwi, że chce mi się wędkować w takich warunkach. A ja twardo - nie wymiękam. Jeszcze 35 km i jestem na miejscu. Niezbędne odzienie. Łyk gorącej herbaty z odrobiną „prądu” i do boju. Woda w sam raz. Lekko trącona i poziom ok. Chyba jest dobrze. Tylko pojedyncze płatki śniegu lecą z zachmurzonego nieba. Jednak wiatr nadal silny. Całe szczęście, że od tyłu. Kaptur skutecznie zabezpiecza mnie przed zimnymi podmuchami. A i przynętę łatwiej podać. Brzegi rzeczki obmarznięte, śliskie. Trzeba uważać aby nie zjechać na tyłku do wody. W koło żywego ducha. Tylko czujne psy z okolicznych domostw, widząc ruch nad wodą, poszczekują.
Kręta, dzika rzeczka. Pomimo zimna – serce się raduje.
Zaczynam woblerkiem pływającym produkcji KOBIKO.

Dość szybko zaliczam pierwszą w 2011r. rybkę. „Kropek” 32 cm – jest wymiar. Za to okropna chudzina. Widać zima mu dopiekła. Natomiast drugi (36 cm) w bardzo dobrej formie. Udowodnił to walką. Kilka ładnych odjazdów i młynków. Jednak i jemu zima dała się we znaki, bo mimo dobrego wyglądu dość szybko osłabł i skapitulował. Z czasem wyszło słońce i zrobiło się przyjemniej. Za to bardziej ślisko. Rozmarznięta, wierzchnia warstewka ziemi, jest bardziej zdradliwa niż śnieg. Kłopotliwe też było obmarzanie przelotek. Często trzeba było usuwać z nich lód. Dobrze, że nie stosuję plecionek.

Tego dnia były jeszcze trzy pstrągi - w tym jeden wymiarowy. Spędzona na leniuchowaniu zima i na mnie odcisnęła swe piętno. O godzinie 13:00 miałem już dość. Jutro też jest dzień – pomyślałem.
No właśnie. Niedzielny poranek powitał nas mrozem -7oC. Ale szybko zrobiło się cieplej.
O 9:00 już tylko -3 oC. Piękne słońce. Przed dziesiątą byłem nad wodą. Od razu wiedziałem że może być słabo. Woda się wyklarowała i niestety opadła.
Zaraz na początku „wyjście” ładnego kropka. Tylko pocałował wobka przy powierzchni i tyle go widziałem. Później uczepił się jeden (26 cm) i to już wszystko na niedzielę.
Może dlatego że to był 13-ty.
Pomimo częstych zmian przynęt, rybom smakował tylko jeden wobler.

Po moich zeszłorocznych opisach wypadów na pstrągi, niektórzy koledzy wróżyli, że „przepadłem”. Teraz mogę powiedzieć. Panowie - mieliście rację. Pokochałem pstrągi.
I jeszcze jedno. Ktoś, kiedyś napisał, że pstrągowanie to „choroba”. Ja mogę na nią chorować chronicznie.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama