Piszę ten tekst w nadziei, że poruszę Wasze sumienia i wspólnie coś zmienimy. Pierwszy raz pojechaliśmy na dorsze z kolegami z koła w lipcu 2006 roku i była to najwspanialsza jak dotąd wyprawa. Poza Prezesem Jarkiem i "Łysym Wężem" nikt inny z nas nie miał dorszowych doświadczeń. Moi koledzy i ja byliśmy zafascynowani tym co przeżyliśmy i dopiero wtedy zrozumieliśmy chłopaków, którzy mówili:-" zobaczysz, jak raz pojedziesz, to będziesz tam wracał już zawsze". Od tego pamiętnego pierwszego razu byłem "dopiero" kilkadziesiąt razy, ale znam chłopaków, którzy jeżdżą od 10-ciu lat z częstotliwością raz na miesiąc. Po prostu wzięło nas... Kiedy wróciłem z pierwszej wyprawy, to o niczym innym nie mogłem myśleć. Kombinowałem jak zdobyć pieniądze, żeby jak najszybciej wrócić na kuter. Zaniedbałem interes i kosztem zaległości w opłatach, jak tylko dorwałem parę groszy, to wieszałem w oknie mojego sklepiku kartkę JUTRO NIECZYNNE i gnałem nad morze. Czas pomiędzy wyjazdami przeznaczałem na tworzenie wymyślnych, coraz to innych, często pokracznych i śmiesznych „kilerów”, bo łapię z reguły na pilkery własnej produkcji. Nieważne, że życie je szybko weryfikowało. Dwa tygodnie pracy nad prototypem i przeważnie po pierwszym dryfie „kiler” trafiał do kosza lub zostawał na wraku. Zawsze kiedy zamawiałem kuter pytałem, czy będziemy na wraku, bo tylko tam widzę szansę na pobicie własnego rekordu. Tak mnie wciągnęło.
Kiedyś ciągaliśmy z ADMIRAŁA i Olkowi udało się namierzyć piękną ławicę. To było coś niesamowitego! Opuszczany pilker nie dochodził dna, bo go po prostu woziło na grzbietach ryb. Tak było ich gęsto!
Ciągamy tak i ciągamy i nakręcamy się nawzajem: -„dawaj sk… syna”, „ciągnę gada”, „o mam dublecik, przepraszam trypla…”, „o j..ny ale kopie” itp., itd., a kasty zapełniają się błyskawicznie. Kiedy zrobiłem sobie przerwę na papierosa i z boku obserwowałem uwijających się w jakimś dziwnym podnieceniu towarzyszy z kutra przyszło opamiętanie. O Boże co my do cholery robimy!? Przecież zachowujemy się dokładnie tak, jak ZABÓJCY BIZONÓW!!!
Wiecie doskonale, że limit siedmiu sztuk to fikcja. Nikt tego nie przestrzega. Ja osobiście uśmierciłem kilkaset!!! dorszy. Ryby śródlądowe wypuszczam w 98-miu procentach, ale dorsza wypuścić niestety się nie da. Owszem na 20-30 metrowej wodzie małego, zaczepionego za pysk można uwolnić i taki ma jeszcze szansę, bo z głębszej wody nie ma to sensu. Dekompresja robi swoje. Ciężko jest wytłumaczyć wędkarzom, żeby nie bili kolejnych rekordów w ilości zabieranych do domu ryb. Ale przecież wykluczając wąską grupę mięsiarzy, którym to wyjazd „musi się zwrócić”, my jeżeli zapanujemy nad amokiem, nie musimy przywozić koszmarnych ilości dorszowego mięsa. W odróżnieniu od specjalistów poumawianych w smażalniach na odbiór „towaru” będziecie mieli z tym problem. Zapełnisz zamrażarkę, obdzielisz rodzinę i znajomych, i co dalej ? Im będzie zawsze mało i mało. Będą Cię ciągle pytali, kiedy jedziesz? A spróbuj któregoś pominąć przy podziale…
Ja teraz jeżdżę „z partyzanta” i nie nagłaśniam swoich wypraw. Mam świadomość, że wręcz niemożliwe będzie zakazanie wywożenia wędkarzy na połów dorsza w okresie tarła, ale spróbujmy coś z tym zrobić. Wystarczy, że MY, odpowiedzialni, którym leży na sercu przyszłość NASZEGO STADA zaczniemy od siebie. Ja teraz nie jeżdżę na dorsza od marca do sierpnia, nie dozbrajam pilkera dodatkową kotwicą, unikam przywieszek, odpuszczam dryfy na „bolkach”. Widok rozprutego dorszowego brzucha wypełnionego ikrą jest okropny! Poza tym mięso z tarlaka jest niesmaczne. Także ryba w tarle jest dla nas niegodnym przeciwnikiem. Ja miałem to szczęście, że mój rekordowy dorsz, złapany w lipcu był silnym „basiorem”, który walczył jak byk i walił szczytówką o burtę. Ale i on przecież miał do wypełnienia życiową funkcję, której tego lata nie dokończył. Z kolei kompan z kutra wyciągnął wtedy 11,5 kg samicę, która według jego relacji „szła jak czwórka”- satysfakcja wątpliwa. Dlaczego do cholery rybacy mają zakaz połowu w lecie, a wędkarze nie!
Lata dziewięćdziesiąte i hałdy gnijących dorszy wyciągniętych z wody bez sensu, bo nie było zbytu to już historia. Trudno, stało się, a rybacy zrozumieli swój błąd. Mam świadomość, że tą tezą narażę się niejednemu wędkarzowi, ale mam przecież prawo do własnych przemyśleń.
Otóż uważam, że to wędkarze są większym zagrożeniem dla populacji naszego dorsza niż rybacy. Tak jak w przypadku ryb „śródlądowych” to nie kormorany i rybacy, tylko wędkarze, którym składka „musi się zwrócić” doprowadzają nasze wody do totalnego bezrybia!
połów dorsza kołobrzeg
Innym razem byliśmy w Kołobrzegu i pomocnik szypra, stosując „zamaszyste ruchy szarpakowca” wyciągnął dorszyka wielkości przynęty i rzucił go do kasty. Na moje pytanie co robi, odpowiedział:-„przecież to też ryba, a poza tym takie małe są najsmaczniejsze”. J...ł go pies! Już więcej tam nie pojechałem. A ileż to razy wędkarze z kutra patrzyli na mnie jak na wariata, kiedy mierzyłem złapane dorsze, a nie daj Boże je wypuszczałem. Teraz rozumiem doskonale zachowanie Pirata, który widząc, że wszyscy połapali odpływa z łowiska. Szkoda, że większość wędkarzy na kutrze nie godzi się na pływanie na wraki, bo wtedy ja i mnie podobni pozostając w mniejszości nie mamy szansy na zmierzenie się z naprawdę godnym przeciwnikiem.
Koledzy, zacznijmy od siebie, bo jest jeszcze czas, aby zapobiec nieodwracalnej katastrofie. Wcale nie musimy dobijać NASZEGO DORSZA, bo jeżeli będziemy zachowywali się po gospodarsku, to nasze dzieci i wnuki też będą miały szansę przeżywać niesamowite emocje podczas dorszowania na Bałtyku.
Pozdrawiam wszystkich zapaleńców.
Stachu
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze