10 maja wybrałem się na ryby ,zwykle łowię na stawach w pobliżu Odry ,ale jej poziom jest bardzo wysoki i każdy "dołek" jest zalany. Wybrałem się na znany wszystkim ,ale pomijany przez wędkarzy Staw w lesie (dojazd jest bardzooo trudny...) rozłożyłem się około 5:00 spokojna woda i śpiew ptaków. Rozrobiłem zanętę wybrałem miejsce (tuż obok trzcin) grunt 1,2m po 20 minutach od wrzucenia zanęty miałem pierwsze branie zaciołem zbyt wcześnie i straciłem rybę ,ale wiedziałem ,że to był lin i mimo straty ryby cieszełem się ,bo wiedziałem ,że rybki będą dzisiaj brać. od czasu wrzucenia zanęty (5:15) do godziny 7:00 miałem ,klasyczne "skubianie" przynęty aż o godzinie 7:25 spławik agresywnie się kołysał i w jednej chwili się położył ,odczekałem moment i zaciołem. Frajda niesamowita walczyłem 15 min i Lin musiał uznać moją wyższość i to jaki lin! Największy jakiego do tej pory złowiłem (48cm!) rabość była niesamowita okoły godziny 9:30 nastąpiło identyczne branie (po kilkudzieśęciu minutach skubania przynęty) koniec był taki sam jak w przypadku pierwszego brania ,lin ma 38cm :) miałem jeszcze 2 brania w których źle się zachowałem (zbyt wcześnie zaciołem) i dorobek dzisiejszego wyjazdu skończył się na 2 linach ,dodam ,że od godziny 6:00 padał deszcz (z małymi przerwami) RYBY obecnie odpoczywają w moim oczku na podwórku pozdrawiam!
Komentarze