Witam.;) To mój pierwszy wpis,więc prosiłbym o wyrozumiałość ewentualnych czytelników.
Wiosna tuż tuż,nie można się doczekać pierwszego wypadu z kijem, więc postanowiłem odświeżyć pamięcią jak to było w 2009 i opisać krótko moją wyprawę na rybki.
Otóż wypad miał miejsce 15.06.09r.Jak zwykle budzik na 3.00,ale ale zaraz zaraz przecież ja się wtedy nie obudziłem... Zaspałem.;(( No cóż i tak czasem bywa że nam wędkarzom czasem zdarzy się zaspać,bo czasem sen o pięknych rybach na naszym haczyku i wyobraźnia jakie okazy pływają w akwenie jest o wiele lepszy niż sama wyprawa. Ale oczywiście zdziwiłem się że nie wstałem,ponieważ rzadko mam z tym problem kiedy muszę wstać na ryby,co innego ze szkołą.;( Wypiłem kawę,zjadłem małe śniadanko no i "chciałem" jechać na rybki,pomyślałem nic straconego,może coś się uda złowić,ale nie o to mi chodziło,uwielbiam przyrodę która raczy mnie swoim pięknem tam gdzie łowię.Przygotowałem się spokojnie,zrobiłem ciasto nakopałem robaki no i nagle rozległ się głos matki (żebym poszedł na działkę zanim pojadę na ryby i pomógł jej w zwykłych "ogródkowych czynnościach"). W tenże sposób wyjazd nieodzownie się przedłużył.;( Byłem załamany jak zwykle kiedy ktoś próbuje niechcący zniechęcić mnie do wypadu na ryby:""Teraz o tej godzinie?!Po co Ty tam jedziesz i tak nic tam nie złowisz"" Na szczęście nigdy nie przejmuję się takiego typu wypowiedziami. Niezłomny zakończyłem proces przygotowań i wyruszyłem jednośladem nad "mój" "rów" bo tak nazywam ten niewielki staw gdzie łowię.Uwielbiam tam przebywać,ponieważ jest błoga cisza,spokój a i ryby potrafią mnie często zdziwić.Idę zmachany,parno tak trza,chyba ze 30 stopni,godzina 12.00 samo południe. Usiadłem na krzesełku pomyślałem,chyba mama miała racje że nic nie złowię.Ale to nic pomyślałem-tu jest pięknie.;)Wrzuciłem do łowiska 3 garście kukurydzy i pocięte rasówki z kawałkami ziemi.Rozwijam sprzęt,pierwsza szczytówka w górę a moja głowa w dół.! Ehh te cholerne pszczoły.!!Wbiła się żądłem we mnie niemiłosiernie i jeszcze w samo czoło,no cóż przecież nie będę płakał nie? Rozłożyłem się z jedną odległościówką i batem,na odległościówce założyłem robaczka a na bacie kawałeczek ciasta.Wreszcie miałem chwilę czasu na to aby nasmarować się liściem od kwiata ,bo czoło troche spuchło (najlepiej paproć-to pomaga) .Od razu pomyślałem sobie:"Co ludzie powiedzą" ,kiedy mnie zobaczą heh.;) Siedzę sobie i patrze w moje spławiki ale one odwróciły się do mnie tyłkiem i nie chciały ze mną rozmawiać na migi.Co zrobić,czasem i tak bywa,ale ja nie zniechęcam się,siedzę i bacznie ich obserwuje,miałem nadzieje że chociaż jeden ze mną ""porozmawia"".Zmieniłem przynętę na bacie,założyłem robaka. Minęły dwie godziny,zaczęło coś się dziać,woda zaczęła się gotować koło spławików.Myślę sobie-może teraz ?? Tak.!! Stało się. Na bacie spławik się odezwał zaczął mi kiwać,zacięcie i jest,ale co?Oto jest pytanie.Pięknie walczy i po niedługim holu rybka wędruje w podbieraku.Jest lin,piękny lin. Teraz myślę:""Może teraz będziecie bardziej wylewne? Ale,następne pół godziny i nic,zupełna pustka. No to mam czas na "dymka" jedno kółeczko,drugie kółeczko aż tu spławik się odezwał,pomyślałem w żartach że może potrafi lepsze bo niezbyt mi wychodziły,papieros spadł a spławik odjechał... W blasku tego skwaru widzę drugiego lina,trochę mniejszy,ale również cieszy. Znowu czekam na brania,ale bez skutku.Patrzę jak bawi się łabędź ze swoimi małymi. Patrzę na zegarek godzina 18 no bez przesady,czas do domu jestem głodny pomyślałem i spakowałem się .;) Wracając napotkałem 3 wilczury które zaczęły ujadać na mnie wściekle,pot zalał się na twarzy,chwila grozy i niebezpieczeństwa myślałem że już po mnie,ale nagle z krzaczków wychodzi właściciel i jakaś pani...no no no uratowali mnie i chyba tym humorystycznym akcentem zakończę mój pierwszy wpis na tym portalu,bardzo ciekawym portalu. Przepraszam za zdjęcie,które nie jest pierwszej jakości i że tylko jedno za jakiekolwiek błędy również przepraszam. Pozdrawiam wszystkich.;)Połamania.!
Komentarze