Opisuję tu wyprawę spinningową nad zbiornik na którym stawiałem pierwsze kroki jako wędkarz, a który uznałem za nieodwracalnie zniszczony przez sprzęt wydobywczy. Na szczęście Matka Natura zawszę da sobie jakoś radę…
Spakowawszy sprzęt nie mogłem się już doczekać dotarcia nad żwirownię Brzegi I. Obiad zjadłem z rekordową prędkością i razem z tatą wyruszyliśmy wędkować. Nad zbiornik dotarliśmy około godziny 17.40. Spokój i ciszę zakłócała tylko pracująca pogłębiarka. Ślady na wodzie sugerowały jednak, że hałas nie przeszkadza rybom. Musiały się w końcu przyzwyczaić, maszyna pracuje prawie non stop… Rozłożyłem więc sprzęt i po wypełnieniu rejestru zabrałem się za obławianie pierwszego miejsca. Założyłem małego paproszka i powoli zacząłem przeczesywać dno. Po 20 bezowocnych minutach zmieniłem miejsce.
Efekty zerowe no ale liczy się przecież kontakt z przyrodą… Schodząc do drugiej miejscówki zobaczyłem piękne wzdręgi, takie koło 25 cm, a może i miały trochę więcej, pozostałem więc przy paprochu. Widać jednak ryby miały nieco inne plany niż zawieszać się na moim haku i ustawiać w kolejce do niego, bo nie miałem ani skubnięcia. No cóż, mówi się trudno i idzie dalej… Wreszcie czas na trzecie podejście, a nóż sprawdzi się stare przysłowie... Miejsce trochę bardziej obiecujące, a dno na pewno jest tu urozmaicone. Przy brzegu mam okazję obserwować małe okonki ganiające za narybkiem. Z tuzin rybek w panice wyskakuje z wody i mieni się wszystkimi kolorami tęczy w powoli zachodzącym już słońcu. Piękny widok, szkoda, że obrazuje on walkę o przeżycie. Zajęty obserwacją, nie zauważyłem, że paproch został w wodzie, a wokół niego zgromadziło się kilka okonków.
Były zbyt małe aby marzyć o ich złowieniu ale podsunęły mi pewien pomysł… Wypróbowałem kilka sposobów prowadzenia przynęty i znalazłem ten, który wzbudzał ich największe zainteresowanie. Szybko zmieniłem przynętę na coś nieco większego i zarzuciłem idealnie za moimi małymi nauczycielami. Na efekty nie musiałem długo czekać, bo po kilku obrotach korbki poczułem opór, a po jeszcze kilkunastu przy brzegu ukazał się piękny okoń. Po podebraniu go okazało się jednak, że bardzo głęboko połkną przynętę… I tu pragnę złożyć podziękowania spotkanemu wędkarzowi, który przybył mi z pomocą, bez jego asysty odhaczenie mojej rybki byłoby bardzo trudne jeżeli nie niemożliwe. Nie dokonywaliśmy dokładnych pomiarów, żeby nie męczyć stworzenia ale ze zdjęcia wynika, że miała około 26 cm. Około godziny od rozpoczęcia wyprawy postanowiliśmy wracać do domu.
Może nie złowiłem dużo ale ta wyprawa ucieszyła mnie ogromnie. Pomimo szkód poczynionych przez pogłębiarkę ryby żerują i mają się dobrze, odkryłem jak należy łowić tam okonie i dokonałem chrztu bojowego mojej wędki. Nie mogę się doczekać następnej wyprawy nad to jezioro.
Komentarze