Spotykam na targach wędkarskich znajomka, z którym kumpluję się od wielu, bardzo wielu lat. Gęby śmieją nam się na spotkanie, bo mieszkamy w różnych częściach Polski. Dopadamy się „miśkiem”, wymieniamy mocno skrócony miejscem spotkania zestaw pytań i odpowiedzi. I wtedy niby w żartach pada pytanie-, „a kiedy w końcu przestaniesz łowić te mulaki?” Powiedział to tak ironicznym tonem, że krew we mnie się zagotowała. Ku…, cały mój dobry humor poszedł w diabły! Kolejny „typ”, który pokazał jak popękane jest środowisko wędkarskie.
Potworzyły się jakieś gówniane klany dzielące brać wędkarską na lepszych i gorszych jakby nie dość było wokół niezgody. Jakim prawem ktoś uważa się za lepszego, bo łowi na spinning, muchę, wybiórczo karpie czy też świetnie wywija tyczką na zawodach od tego, kto łowi spławikowo-gruntowymi metodami albo na żywa rybkę? Co to, „chiński” sort?!
Ja lubię łowić na spławik i bez, co nie znaczy, że omijam inne metody. Łowię pół wieku. Wygrywałem prestiżowe zawody spinningowe, morskie i inne. I co z tego?! Dla mnie mistrz to wędkarz uniwersalny dający sobie radę na każdym łowisku różnymi metodami. Jednak, jego kompletny obraz powinien zawierać uśmiech, życzliwość, chęć pomocy innym wędkarzom oraz kulturę osobistą. Może brzmi to trochę populistycznie, ale powiedzcie sami ile nad wodą spotyka się chamstwa? Od razu mówię, nie jestem ideałem daleko mi do tego, ale cały czas pracuję nad sobą! Znam wielu prawdziwych ( i skromnych) profesjonalistów wędkarskiego fachu. I co z tego, że są mistrzami? Nikt nie musi być mistrzem, może ktoś po prostu lubi posiedzieć z wędką nad wodą, popatrzeć na spławik oraz otaczające go cuda przyrody? Ryba jest dla nich tylko pretekstem do kontemplacji. Dlatego ma być gorszy?
Zastanawiam się skąd bierze się tak ironiczno-pogardliwy stosunek jednych wędkarzy do drugich? Najczęściej spotykany schemat dotyczy osi spinningista-spławikowiec. Oczywiście ten pierwszy, to ten „lepszy.” Zastanówmy się nad tym chwilkę, co daję tę „przewagę,” bo ja na przykład uważam, że dobry spławikowiec musi posiadać dużo większą wiedzę od spinningisty! Także więcej pracy musi wykonać, aby zapewnić sobie wędkarski sukces. Nie obrażajcie się koledzy (szanuję waszą metodę łowienia jak każdą inną) zanim nie wytłumaczę, dlaczego tak myślę. Moje argumenty. Jeśli źle wybiorę i określę miejscówkę, to koniec! Po rozłożeniu sprzętu jej zamiana na inną jest bardzo trudna lub praktycznie niemożliwa. Spinningista może przemieszczać się swobodnie i próbować szczęścia w różnych miejscach. Proszę teraz porównać ilość elementów zabieranego sprzętu plus przynęty, zanęty, atraktory itp. Jeden błąd w skomponowaniu zanęty(przynęty), zły dobór haka, spławika, obciążenia, wędki itp, ba, ustawienia wędki zamyka szansę na udane wędkowanie. Mając ograniczoną mobilność muszę się cały czas uczyć i kombinować, aby nie popełnić jakiejś pomyłki. Często kilkakrotnie koryguję metody łowienia, aby odnieść sukces. Wyznawca spinningu ma nieporównywalnie mniejszą możliwość popełnienia błędu. Praktycznie cały sprzęt mieści się w wędkarskiej kamizelce. W czym może popełnić błąd? Zły dobór żyłki czy plecionki? Kiepski wybór obciążenia przynęty i samej przynęty? Nie porównuję prowadzenia przynęt, bo niby różne techniki, ale wbrew pozorom ustawienie punktowo koszyka lub spławika w odległym miejscu czy skuteczna jazda „przepływanką” po nierównym dnie ma wiele wspólnego z pozycjonowaniem przynęty i w obu metodach świadczy o umiejętnościach łowiącego!
Zastanawiam się, co jeszcze może dzielić wędkarzy na lepszych i gorszych? Bajerne ciuchy? Ilość łowionych gatunków ryb? Chyba nie, bo „grunciarze” mogą złowić prawie wszystko! A może selektywność wędkowania? E, też nie. Czyżby ilość śluzu na rybach? Wątpliwe, bo choćby na brzanie, karpiu, karasiu śluzu tyle, co nic! Obszar żerowania? Porównywalny! Zastanawiam się, czy pogardliwy narcystyczno ksenofobiczny stosunek pomiędzy grupami wędkarzy to może prozaiczne dowartościowanie swoich niepowodzeń i kompleksów przenoszonych z życia prywatnego? A może związane jest to z naszym „polskim charakterem”, aby za wszelką cenę podkreślać swoją wartość? Według mnie my Polacy tak często dostajemy w dupę, bo chęć pokazania swojej wyższości nad innymi, rozbija naszą jedność narodową (i wędkarską też). Powinniśmy być silni wewnętrznie bez żadnych podziałów, a nie dalej rajcować w szlacheckich sejmikach opartych na doktrynie „nihil novi” i „liberum veto”. Ile wtedy projektów i marzeń udałoby się nam zrealizować?! Cenię każdego wędkarza uprawiającego hobby w zgodzie z prawami przyrody i regulaminu wędkarskiego.
A jakie jest Wasze zdanie? Może ktoś chciałby podzielić się swoimi przemyśleniami. Będę wdzięczny, bo ta sprawa zawsze bardzo mnie dołowała i bulwersowała. Pozdrawiam.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze