Reklama

Trzykrotne otwarcie sezonu 2011

19/01/2011 13:40
Kiedy kończy się sezon pstrągowy (u mnie jest to 31 Sierpnia) jeszcze lecę siłą rozpędu. Wrzesień i Październik jakoś mija bez uszczerbku na mojej wędkarskiej psychice. Jednakże już od Listopada zaczyn we mnie powoli kiełkować myśl o rozpoczęciu sezonu tj. 1-go Stycznia. Każdy kto na „sucho” wędkuje przez cztery miesiące w roku wie o czym piszę. Narasta we mnie zew łowcy. Zaczynają się plany, a to o nowym sprzęcie, a to o wyprawach na łowiska. Zaczynam – tak w Listopadzie przegląd sprzętu, ubrań, uzupełniam, co potrzeba i…się nakręcam! Oczyma wyobraźni już widzę te łowiska – nowe i stare. Te Lorbasy i Fikoty, które to zgłodniałe (nie mniej jak ja z nimi kontaktu) atakują z prędkością niemalże błyskawicy przynętę, którą im podaję. Ech będzie się działo, tylko niech wreszcie przyjdzie ten 1-szy Stycznia.

Wreszcie nadchodzą Święta. Wiadomo będzie choinka, a pod nią prezenty. Także dla wędkarza. A jakże wszyscy mnie znają i wiedzą, co dla mnie – wędkarza (poza zdrowiem mojej rodziny i moim, ale tego pod choinkę otrzymać nie można, a szkoda…) jest najmilszym prezentem. Cokolwiek ze sprzętu, nawet najdrobniejszego, byle był wędkarski i przydatny dla mnie. Po kolacji Wigilijnej zaczynają się „emocje” związane z rozpakowywaniem prezentów od „Mikołaja”. Poza kilkoma drobiazgami jest i coś dla wędkarza. W mim przypadku Linka (ciekawe skąd On wiedział, że na kołowrotku jest już dość zużyta?). Od razu zapala się w głowie żarówka! Jeszcze parę dni i…jadę. Choćby nie wiem jaka była pogoda. Na Troć nie jeżdżę, bo nie lubię ciężkiego spinningu i tłoku nad wodą. Wiem z doświadczenia, że ogromna większość wędkarskiej braci wybiera się na Troć. Ja natomiast na spotkanie z moimi Kropkami! Czas między Świętami, a Nowym Rokiem dłuży się niemiłosiernie, ale co tam – jak to mówią „twardym trzeba być, nie miękkim”, więc długie dni spędzam na przeglądaniu forów internetowych i stwierdzam, że nie jestem jedynym takim wariatem, co to 1-go Stycznia zamiast leczyć kaca po Sylwestrze, wybiera się nad wymarzoną rzekę.

Dzień przed Sylwestrem AD. 2010 zaczyna się coś złego dziać z moim zdrówkiem. Odzywają się stare (jak ja je tak nazywam) „rany wojenne” tzn. kontuzje i „niehigieniczny” tryb życia (zamiast do lekarza chodzić po urazach, to człek leczy się sam, bo przejdzie samo). A okazuje się, że owszem przechodzi, ale za jakiś czas o sobie przypomina i to, kiedy!? W najmniej odpowiednim czasie! Ale, kto z kochający wyprawy i bieganiny za Pstrągiem ich niema? Niestety ból stopy się nasila i już wiem, że z moją noworoczną wyprawę szlag trafi! Nie pomagają żadne środki p. bólowe i trzeba udać się do lekarza. Diagnoza, leki i „za dwa trzy dni będzie Pan mógł jechać na te swoje rybki”. Uf jakoś to przeżyję. Ciężko będzie, ale odbiję sobie 6-go Stycznia. Jest Święto, więc wtedy wyskoczę. I faktycznie, leki pomogły. Dzień przed jestem przygotowany, – bo jakże by nie. Przecież byłem gotów już w zeszłym roku!

6 Stycznia 2011r. pobudka przed godz. szóstą. Niema, co się spieszyć, bo świta ok. ósmej, więc jak wyjadę po siódmej to będzie akurat, ponieważ do pokonania autem mam ok. 70km. Wsiadam w auto, jadę i planuję, gdzie je zostawić, aby nikomu nie przeszkadzało. Tak, jak zaplanowałem mijam ostatnią wioskę przed celem podróży (już jest jasno), jeszcze tylko 1,5km asfaltem między polami i…nie dojadę!! Cholera, chociaż jadę dużym, amerykańskim Vanem to śnieg, który zalega na drodze (1,5km) ma wysokość z pól metra i do tego koleiny po jakiś leśnych ciągnikach. Pomyślałem, że jak się zakopię to do wiosny nie wyjadę. Z trudem cofam auto i zawracam. Myśli - co robić? Jechać na około, a jak tam jest tak samo? Ale, co tam trzeba zobaczyć. Przecież tyle czekałem! Nadrabiam kilkanaście kilometrów. Jeszcze tylko jakieś 5min. drogi i…rozpadał się deszcz. Jeszcze tylko Plag Egipskich brakuje.

Czekam, a deszcz pada i pada. Po dwóch godzinach wzmaga się jeszcze wiatr. Jestem pokonany! Powiecie, że dla wędkarza niema złej pogody. Też tak uważam, lecz dla mnie wędkarstwo to przyjemność, a perspektywa przemoczenia, (czego niejednokrotnie doświadczyłem – bez przyjemności) w styczniowy dzień, jakoś nie dodała mi sił. Uganianie się za Pstrągiem przez chaszcze, co prawda pozbawione liści, bo to zima, lecz mokre gałęzie i kapiące z nich krople deszczu nie napawają optymizmem. Postanawiam wracać do domu odkładając wyprawę o tydzień. Przecież „moich” Pstrągów i tak nikt nie wyłapie, tym bardziej, że ja ich nie zabieram z łowiska. Im więcej niezabranych, tym przyjemniejsze powroty. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. 14-go Stycznia, a więc tydzień po jadę ponownie w to samo miejsce. Sytuacja się powtarza. Z tym, że teraz śniegu jest mniej, ale oblodzenie większe. Po minięciu wioski, już mam wjeżdżać na miedzy polną drogę, gdy widzę jadący naprzeciwko traktor. Usuwam się ba bok i zatrzymuję zastaw z przyczepą. Kierowcy pytam czy przejadę „tym” wskazując na mojego Vana. Spojrzał i mówi abym nie ryzykował i pojechał na około. Podziękowałem za radę i tak zrobiłem.

Wreszcie dojechałem w długo oczekiwane miejsce. Jest lekka mgła. Nawet lepiej. Parkują przy znajomym budynku, z, którego wychodzi znajomy miejscowy. Krótka rozmowa, życzenia noworoczne i już idę przez pole do lasu, a tam w dole moja rzeczka! Schodzę ze skarpy i widzę, że objętość swoją zwiększyła wielokrotnie w stosunku do letniej. Nie mieści się w korycie, ale nie jest tak źle. Tym bardziej, że nauczony wieloletnim doświadczeniem zabieram na zimowo-wiosenne wyprawy dwa spinningi. Długi i krótki, bo to różnie bywa. Nad wodą staję z długim ok.3m. I dobrze, nie wszędzie mogę (brak dostępu do burty) poprowadzić przynętę – bardzo wysoka woda. Dodatkowo uciąg jest tak duży, że używam przeciążonych obrotówek. Skutkuje to tym, że dość szybko siadają na dnie i naniesionych tam, a niewidocznych nowych zawad.

Niestety tracę podczas całej wyprawy dwie piękne obrotówki DAMowskie, na które tak liczyłem. Zresztą na Kropy też. Do końca wyprawy urywam jeszcze gumę i po sześciu godzinach marszu i setkach rzutów postanawiam zakończyć tą nierówną walkę bez kontaktu z rybą – nawet wzrokowego. Jeszcze tylko powrót do auta. Odchodzę prostopadle od rzeki (wiadomo, że powroty rzeką są cięższe) i postanawiam wrócić przez pola do drogi i dalej do samochodu. Ale jaszcze czeka mnie „niespodzianka” wizualna, a raczej jej brak. Na pewno większość z nas miał kiedyś niemiłe uczucie bezradności i zagubienia, jak nagle w nocy w pokoju gaśnie światło. Człowiek czuje się, cokolwiek wystraszony, aby w poszukiwaniu świeczki czy innego źródła światła nie poobijać się o meble lub podknąć np. o dywan.

Ja doświadczyłem czegoś podobnego w biały dzień. Otóż wychodząc z lasu na otwartą przestrzeń zaśnieżonych pól wpadam we mgłę. Ale tak gęstą, ze widzę tylko na niespełna 5-6m., a do pokonania mam kilka kilometrów. Jest nie ciemno, a jasno-mleczno. Nie ma punktu odniesienia. Brak horyzontu. Zero drzew, czegokolwiek. Tylko biel. Przez chwile mam dziwne uczucie – jakby zamknięcia, chociaż nie cierpię na klaustrofobię. Dziwnie tak jakoś i gdyby nie to, że wielokrotnie pokonywałem tę trasę powrotną pewnie bym wrócił lasem nad brzegiem rzeki. Teraz wiem, co znaczy przysłowie; „mgła taka, że Konie dusi”, czy „zagubiony jak pijane dziecko we mgle”.

Wracam do domu, o kiju, ale odprężony. Mimo wszystko rozpocząłem nowy sezon. Przede mną jeszcze niejedna wyprawa.
Na koniec powiem, że przyroda żyje swoim życiem, a wszechobecne Bobry robią swoją „krecią” nam wędkarzom robotę. Chociaż w przypadku rzeczek pstrągowych (nie zawsze jest to dobre) powstają nowe „miejscówki” za zwalonymi przez nie drzewami, a tam jest stołówka Pstrąga. I tam wrócę.
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo wedkuje.pl




Reklama