Pewnego dnia wybrałem się ze znajomymi na nockę, łowisko Podzamcze k. Maciejowic. na łowisku poznaliśmy dwóch niezwykle sympatycznych wędkarzy. Mieli grilla, zaprosili nas więc na pieczenie kiełbasek my zrewanżowaliśmy się kawą. Nastała noc, moi koledzy poszli spać do samochodu zostałem sam z nowymi kolegami. Łapali obok wiec poszedłem do nich, natychmiast miałem branie. Wyciągnąłem niestety niewymiarowego karpia, ustawiłem wędkę i znów do nich poszedłem, i znów branie, tym razem nic nie wyciągnąłem. Zaproponowałem wiec żeby przyszli do mnie to i u nich zaczną się brania. Ledwie podeszli a już u nich słychać dzwonki, pobiegliśmy i oczywiście ładny leszczyk. Zdążyli go wyciągnąć a już branie u mnie, zaciąłem i poczułem opór na wędce, podeszli więc z podbierakiem aby pomóc ale niestety tuż przy brzegu zerwał się przypon. Ściągnąłem wędkę, odstawiłem na stojak i od razu branie na drugiej wędce. ładnie zaciąłem holuje rybkę panowie obok i nagle jeden z nich krzyczy, kurde jakie branie. patrzymy a dopiero co odstawiona wędka gnie się i do tego dzwoni jak szalona. jeden z nich podbiegł (ja zajęty byłem wyciąganiem swojej rybki) wyciągną wędkę i zaciął. W tym momencie koszyczek minął jego twarz dosłownie o milimetry a my z drugim kolegą ze śmiechu zaliczyliśmy tzw glebę. Na odstawionej wędce (z zerwanym przyponem) koszyczek dociążał szczytówkę powodując uginanie i dzwonienie, zapomniał biedak dlaczego ją odstawiłem. W tej chwil nawet nie pamiętam czy i jaka rybę wtedy ja wyciągnąłem. Cały następny dzień ze śmiechem wspominaliśmy nocna przygodę
Komentarze