Parę tygodni temu mój tata powiedział mi, że za Przysuchą około 15km znajduje się piękny zalew o nazwie Domaniowski. Jest to ogólnie około 40km od mojej miejscowości. Znajduje się on w okręgu Radom, z którym mój okręg Piotrkowski ma porozumienie. Tata dowiedział się o nim od kolegi z pracy, który łowił tam niezłe sztuki, przeważnie leszczy, ale o tym później. Miałem tam jechać z rodziną i zabrać jakiegoś kolegę, ale plany nie wypaliły. Planując poinformowałem kolegę Adama, że może ze mną jechać nad ten zbiornik. On szykował się i nastawiał na wyjazd. Czytał co tam można połowić i na jaką metodę. A kiedy okazało się, że ze mną wyprawy tam nie będzie zaczął namawiać mamę, żebyśmy tam pojechali.
Wyjazd z Adamem został zaplanowany na dzień dzisiejszy. Wcześniej czytając i dopytując się taty dowiedziałem się że biorą tam daleko od brzegu niezłe leszcze (takie od 1kg do 3 kg) na metodę gruntową. Częstym połowem wędkarzy są także amury, a i trafiają się karpie. A koszykiem bądź sprężyną trzeba rzucać jak najdalej. Jednak Adam wyczytał, że dobrze tam biorą małe rybki na bata czy odległościówkę i na zawodach robili tam niezłe wyniki tymi rybami. Natomiast Radek, którego Adam mógł też zabrać ze sobą na tą wyprawę dowiedział się prawie tego samego co ja, czyli gruntówka!
Z samego rana zaczynami wiązanie zestawów i pakowanie się. Ja po rozeznaniu postanowiłem, że będę łowił jedną wędką na spławik, a drugą na grunt. W ten sam sposób postąpił także Adam, a Radek powiedział, że on nie będzie się bawił z małymi na spławik i wziął 2 gruntówki. Wyjazd był po godzinie 11:00. Na miejsce zajechaliśmy około 12:30. Przy samym zalewie byliśmy w miejscowości Brudnów (tata powiedział mi, że w tej miejscowości są dobre miejscówki). Pierwszym miejscem, do którego doszliśmy były betony. Stwierdziliśmy, że na betonie bez podestu będzie ciężko łowić, a poza tym Radek powiedział nam, że wyczytał jeszcze, że najlepiej ustawić się od strony lasu. Tak więc powrót do samochodu i jedziemy jakiś kilometr w stronę lasu. Tam miejscówki już były ok.
Pogodę prognozowali niezbyt dobrą. Już w czasie drogi padały przelotne deszcze. A gdy zajechaliśmy na miejsce trochę grzmiało i padało przez jakieś 15 min. Po tym widzieliśmy już przejaśnienia na niebie i byliśmy dobrej nadziei, że już padać nie będzie. Wiatr wiał nam z za pleców, a za plecami mieliśmy górkę, więc było bardzo fajnie.
Ustawiliśmy się we 3 na jednym stanowisku, ponieważ było tak duże, że nie było sensu chodzić każdy na oddzielnie. A tak to siedzieliśmy blisko siebie i mogliśmy gadać. Podczas gdy my znosiliśmy toboły, a potem rozkładaliśmy się, rodzice Adama rozpalali grilla, abyśmy mogli zjeść na obiad ciepłe kiełbaski.
Obiad zjedzony, więc można łowić. Pierwsze do wody powędrowały zestawy gruntowe. A za chwile zaczęło się gruntowanie stanowiska na spławik. Gdy już wszystko było gotowe to zaczęło się nęcenie. Wcześniej było widać jakieś małe ryby w łowisku, ale jakoś 3 godziny od zanęcenia nie chciały w ogóle brać. Natomiast co innego działo się na zestawach gruntowych. Już po około pół godziny od zarzucenia zestawów pojawiały się jakieś drobne brania. Pierwsze branie miał Adam, który wyciągnął takiego lechora! Miał może z 15 cm! :D A na początku na wędce czuć było tylko jakiś zaczep. Potem kolejne branie miał Radek. Dziwnym trafem też na początku czuł jakiś zaczep, a potem powiedział, że czuje jakąś rybę, ale za wielka to nie jest. Przy brzegu okazało się, że jest to trochę większy leszcz i trzeba go podebrać. Na brzegu miarka pokazuje 34cm. No to już nawet ładny, ale wraca do wody! No i po około 3 godzinach jak już pisałem coś zaczęło pukać w spławik. Mnie udało się złowić aż 2 płotki (max. Po 15cm), a Adamowi 5 płotek i jeden leszcz. Na grunt miałem parę brań, bo co ściągałem zestaw to robaki były wyssane, a kukurydzy na haczyku nie było. Ale te brania nie były jakoś zbytnio widoczne. Tak samo miał Radek, ale jemu udało się złowić pod koniec jeszcze jednego leszczyka.
Wtedy kiedy brania się już skończyły po zalewie zaczęła jeździć motorówka, a za nią trzymając się liny jeździł pan na desce. Od tej motorówki szły duże fale w stronę brzegu, że aż ping pongi przy wędkach zatapiały. To był sygnał, że trzeba powoli się składać, bo i tak nic nie bierze.
Przed godziną 20:00 byliśmy już w domu. Wypad w nieznane trochę nie udany, może tylko dla Radka. Ale liczy się sam fakt siedzenia nad wodą na świerzym powietrzu z kolegami. Wolimy to nawet jak nic nie bierze niż siedzenie w domu przed komputerem. Co do zalewu to nie jestem zbytnio do niego przekonany, no ale nie oceniam go po jednym wypadzie. Może coś źle zrobiliśmy (na pewno błędem było łowienie na spławik) albo trafiliśmy na dzień, w którym słabo biorą. My się nie poddajemy i myślę, że jeszcze po zdobyciu kilku informacji wybierzemy się tam. ;)
Komentarze