Spośród wszystkich moczykijów, tych znanych mi i nieznanych, jeden wyróżnia się na pewno – to mój wujek. Wędkarz nieprzeciętny, ale bynajmniej nie za sprawą posiadanej wiedzy czy sukcesów kilowo-długościowych, lecz przez swoją odmienną specyfikę. Żeby rzetelnie ukazać wielkość tego człowieka, należy pobieżnie zgłębić jego biografię oraz poznać pewne wyjątkowe cechy charakteru.
Urodził się 59 lat temu, jako zdrowy i gotowy na podbój świata człowiek. Niestety błędy w sztuce lekarskiej spowodowały trwały uraz mózgu, który spowolnił intelektualny rozwój. W efekcie wuj zatrzymał się na analfabetycznym etapie, nie kończąc szkoły podstawowej. Spowolniona umiejętności uczenia się, wypowiedzi pojedynczymi słówkami, w połączeniu z ogromną wadą wzroku, powodują prostą egzystencję tego człowieka. Czym zatem wujek się zajmuje? Jest głównym pomagierem w pobliskim sklepie spożywczym. Pomaga w prostych czynnościach, zawsze służy swoją gotowością. No, prawie zawsze. Powiedzmy do godziny piętnastej każdego dnia...
Za sprawą „zawodu”, który wykonuje, zna go cała wieś. Wita się z nim każdy rodzimy mieszaniec Pielgrzymowic. Wujek poprzez swój dobrotliwy charakter, zyskał sobie sympatię wszystkich mieszkańców. A, że usposobienie ma bardzo łagodne, lubią go dzieci, dorośli a także ludzie starszej daty. Wszyscy oni witając się z nim (podając mu rękę), sprawiają mu ogromną satysfakcję, bo jest to dla niego bardzo ważne. Tak, tak, tyle o jego życiu powiedzmy sobie: „poza-wędkarskim”. Przejdę jednak do sedna tematu, bo charakter tego portalu ma pewne wymagania.
Wuj od zawsze łowi ryby. Ale nie tak jak zwykli niedzielni wędkarze. On łowi je codziennie, póki wody nie skuje lód. Jak już wspomniałem, praca do piętnastej, później – o czym wszyscy jego znajomi wiedzą, czas zarezerwowany jest tylko dla „ryb”. Może brzmi to mało wiarygodnie, ale nie ma pogodny, która zatrzymałaby go w domu. Jeśli jest impreza rodzinna, wuja skręca długo, aż prędzej czy później wymyka się z domu. Zawsze wtedy jego mama a zarazem opiekunka krzyczy w wniebogłosy, że „nie wypada, że ile można na ryby chodzić…” Nie ma rady na Benka, każdego dnia idzie na ryby. Nie można mu tego zakazać. Nic nie skutkuje. No może czasem ukrycie wędek. Wtedy wuj jest zły i rzuca swoją czapką w celu uświadomienia społeczeństwu, o swoim niezadowoleniu.
Wydawałoby się, że łowiąc całe życie, Benek ma na swoim koncie spore sukcesy. Nic bardziej mylnego. A to pewnie, dlatego, że reprezentuje najprostszą szkołę łowienia – pełen naturalizm wędkarski. Ruska wędka, kołowrotek tegoż samego pochodzenia z nawiniętą żyłką 0,35mm. Duży hak, bo mniejszego nie dałby rady zawiązać i spławik – długi, kolorowy – zawsze źle wyważony. Jeśli łowisko ma 40 cm, „grunt” na zestawie ma 120cm. Gdy głębokość ma 140cm, „grunt” również wynosi 120cm. Takich szczegółów Benek nie uwzględnia, nie dba o to. Najważniejsze to widzieć spławik – czyli najlepiej, gdy leży poziomo na wodzie.
Byłbym zapomniał o głównym elemencie zestawu – przynęcie. Od ponad pół wieku niezmienna. Długa glizda, prosto z ziemi. Obowiązkowo czerwona – jak by to miało jakieś znaczenie. Tak czy siak, innej nie założy. Zanęta? Co to takiego. Łowiskiem również od półwiecza jest pobliska rzeka – Pielgrzymówka. W jej naturalne ukształtowanie terenu, wpisany jest bohater tego tekstu. Zgarbiona sylwetka, stojącego nad wodą sędziwego człowiek z wędką, na stałe wpisała się w rzeczną scenerię tej miejscowości.
Jeśli jednak mowa o sukcesach, to nie jest tak całkiem źle. Kiedyś, w latach 60-tych na robala połakomił się zębaty, taki pod-wymiarowy. Do dziś ta smaczna ryba jest obiektem wspomnień wujka. Zresztą kiedyś to podobno ryb było dużo…Prawdziwe „żniwa” wujek zaliczył, gdy po podwoziach, dwa lata temu, z miejscowego stawu hodowlanego uciekły kilowe karpie. Ilość ryb w rzece była tak duża, że łupem Benka padło chyba z 6 z nich. Był to czas, kiedy pierwszą cześć dnia Benek spędzał na poszukiwaniu robali, a drugą na sprawdzaniu ich skuteczności. Piękny dla Niego okres... O sukcesach mówiąc, nie sposób pominąć niesamowitego połowu z przed 5 lat. Po kilku godzinach koczowania wuja w jednym miejscu, pojmał on 90-centymetrowego węgorza. Radości nie było końca. Gratulował mu połowu każdy, kto o nim wiedział. A kto nie wiedział, ten w krótkim czasie się... dowiedział.
Zamiłowanie bohatera tekstu do połowu ryb jest tak sławne, że doprowadziło do pewnego sympatycznego gestu ze strony mieszkańców naszej miejscowości, spędzających popołudnia w okolicznym „ Ranczo”. Poskładali się chłopy i zakupili mu w prezencie urodzinowym, nową wędkę z kołowrotkiem. Był to piękny gest z ich strony. Czy Benek posiada stosowne zezwolenia? Całe życie łowił bez papierów, o przepisach wiele nie było mu wiadomo, chociaż te podstawowe znał. Był na tyle nieszkodliwy, że nikt nawet nie poruszał tematu legalności jego postępowania.
Doszedłem jednak do wniosku, że pewnego rodzaju uwieńczeniem jego życiowej pasji, było by wyrobienie mu stosownych dokumentów. Nie chcę opisywać szczegółów ich wytwarzania, ale faktem stało się, że 24 grudnia ubiegłego roku, wuj niespodziewanie dostał pod choinkę prezent w postaci karty wędkarskiej. To był dla niego najlepszy podarunek w życiu. Chyba tylko wcześniej wspomniany węgorz tak go uradował. Pisząc ten teks, chciałem oddać swego rodzaju hołd jednemu z nas. Jest on całkowicie anonimowy, a uważam, że zasługuje na to, aby szersze grono kolegów po kiju usłyszało, że gdzieś na południu Polski, taki człowiek żyje. Jeśli są czytelniczy, którzy wytrwali do końca tej lektury, jestem im za to wdzięczny, ale nie w swoim imieniu, tylko w imieniu bohatera tej opowieści. Bardzo ważna dla mnie jest Wasza świadomość, że ktoś taki jak Benek istnieje.
Z wyrazami podziwu i szacunku dla najgorliwszego zapaleńca, jakiego znam – Zbyszek
Komentarze