Namnożyło się na forum tematów o wypuszczaniu lub nie, złowionych ryb i jak zwykle temat podzielił wędkujących. Kilku kolegów zaprezentowało bardzo zdroworozsądkowe podejście i odliczając demagogów oraz skrajnie myślących, podzielam ich zdanie. Ja przeszedłem trochę inną ewolucję. Łowię głównie na zbiorniku zaporowym od początku jego powstania, pewnie wiecie jakie metamorfozy przechodzi rybostan nowego zbiornika z upływem czasu i przy pomocy działań przyrody. My wędkarze pewnie także się do tego przyczyniamy, ale nie potrafię określić w jakim stopniu. W latach 80-tych ub. wieku PZW zrzeszało prawie 1 mln. członków, a w tym czasie moje koło liczyło ich ok. 1800. Łowiliśmy dużo, bywało, że bardzo dużo ryb, przeważnie okoni. Każdy nowy zbiornik przechodzi okres dominacji najpierw szczupaka, a nieco później okonia. Nikt nie apelował o C&R, było go tak dużo, że uznawaliśmy je za szkodniki, wyżerające ikrę pozostałym gatunkom. Idylla trwała kilkanaście lat, aż w ciągu zaledwie trzech lat okonie zniknęły. Myśmy zareagowali wcześniej, jak tylko zauważyliśmy słabsze odłowy wprowadziliśmy wymiar ochronny. Jednak było za późno, a jeszcze pasożyt na wątrobie okoni zrobił co swoje, a nam zostało: przetrzebione stado podstawowe plus niedobitki i brak dwóch a może i trzech roczników. Wielu z kolegów obarcza rybaków za spustoszenie w ich wodach, chciałbym im uświadomić, że u nas od ponad 10 lat nie ma odłowów, a ryb jest coraz mniej. Nie mam wykształcenia ichtiologicznego i nie uzurpuję sobie prawa do nieomylności, moja wiedza jest poparta długoletnim obcowaniem z przyrodą i wędkowaniem przez prawie 40 lat, a na opisanym zbiorniku od jego powstania. Przez większość lat wędkowałem ponad 100 razy w roku. Mijający rok był najuboższym w ryby, w mej wędkarskiej karierze, a najgorsze jest to, iż nie tylko ja mam takie odczucie. Słyszałem o pojedynczych przypadkach połowienia sandaczy, okoni czy leszczy. Wszyscy zadają sobie pytania - co się dzieje ? Śledzę wpisy na portalach wędkarskich i one także nie napawają optymizmem. Myślę, że chyba tylko Jarosław Kaczyński wie kogo to jest wina. Reasumując: 30 lat temu było prawie dwa razy tyle zrzeszonych wędkarzy i ryby łowiono w zadowalających ilościach, dziś większość wypadów kończy się podziwianiem piękna przyrody. Oczywiście, że to jest także ważne, ale przecież głównym celem jest przechytrzenie ryb, adrenalina wyzwalana podczas brań i holów. Późniejsze działania już dzielą wędkujących, bo rybki można zabrać albo puścić – dziś to drugie działanie wydaje się nieodzowne, z tym, że samo wypuszczanie ryb niewiele da. Największy nacisk położył bym na ochronę wód. Wielu kolegów jest gotowych do dodatkowego opodatkowania się na ten konkretny cel: powołania służby kontrolnej z prawdziwego zdarzenia z dużymi uprawnieniami. Dzisiejsza PSR czy SSR niewiele zdziałają przy obecnej liczebności, uprawnieniach, budżecie, nawet przy maksymalnym zaangażowaniu. Laicy mogą pisać, że to właśnie my poprzez duże odłowy sprowadziliśmy rybostan w okolice bezrybia. Popytajcie starszych, łowiących kilkadziesiąt lat, te duże odłowy właśnie tyle trwały, aż nagle w ciągu paru lat się załamały. Niewiele jest wpisów na portalach wędkarskich, traktujących o zadowalających połowach, większość wędkuje nie łowiąc nic. Obawiam się, że istniejąca stosunkowo niedawno i mocno popularyzowana metoda „złów i wypuść” bardzo pomogła w zatrzymaniu tendencji zubożania. Zmieniła się technologia wytwarzania sprzętu, mamy mnóstwo gadżetów ułatwiających wędkowanie, portale internetowe umożliwiają błyskawiczną wymianę doświadczeń... Zakładając, że kłusownictwo jest na podobnym poziomie co wtedy, trudno jednoznacznie określić przyczyny totalnego zubożenia, przynajmniej ja i moi koledzy mamy z tym wielki problem. Na poszczególnych wodach mogą dochodzić dodatkowe czynniki, które pomagają, albo jeszcze bardziej szkodzą temu procesowi. Zarybienia są podpisywane z RZGW na kilka/kilkanaście lat do przodu i trudno jest w międzyczasie wnieść poprawki. Tak jest na naszym akwenie, jeszcze rok musimy zarybiać sumem, choć podejrzewamy, że jest go dużo (mało zgłoszeń o odłowach) i jest pokaźnych rozmiarów – a takie duże sumy robią spustoszenie w rybostanie - mogą nawet zachwiać populacją. Od kilku lat zarybiamy boleniem, ponieważ w akwenie nie ma plennej uklei, ryby przestawiły się na inny pokarm – sandaczyki są kapitalną i łatwą przekąską, gdyż zarybiamy ok. 200 000 sztuk co roku. Artykuł ma służyć wymianie poglądów w tym temacie, które – mam nadzieję – pomogą zatrzymać tendencję zubożania rybostanu w naszych wodach. Proszę o podzielenie się swymi doświadczeniami w tej kwestii, a może jakiś ichtiolog zabierze głos.
Komentarze